piątek, 3 kwietnia 2015

One Shot ~ Jools

Poznali się w domu dziecka. Mieli wtedy po 8 lat. Zaprzyjaźnili się. Byli, a raczej są nie rozłączyni. Ona i on. Dziś mają po 19 lat. Czyli rok temu Laura i Ross wyszli z domu dziecka. Zamieszkali razem. Nie jako para, tylko najlepsi przyjaciele pod słońcem.

Piątek, rano.
Jak zwykle, Ross obudził się pierwszy. Spał plecami do Laury. Jak zwykle, też po obudzeniu, przekręcił się w jej stronę i objął ją ręką. Wtulił twarz w jej włosy.
-Wstawaj. - usłyszał jej zaspany głos.
-Jeszcze 5 minut. - ziewnął.
-Nie będę czekać 5 minut na śniadanie.
-Ale dlaczego ja? - jęknął.
-Bo ja byłam wczoraj? Była umowa, pamiętasz? Raz ty, raz ja. A dzisiaj jest twoja kolej. Wyginaj do kuchni!
-No już, już. Wszystko dla jaśnie pani. - powiedział po czym wstał i udał się do kuchni. Laura w tym czasie zdążyła się ubrać. Zeszła na dół do kuchni gdzie czekały na nią ślicznie podane... Płatki z mlekiem.
-Wow. Żeś się postarał.
-Co nie? - zapytał ironicznie. - Jestem z siebie dumny.
-O rany! Zapomniałam, że się umówiłam z Raini. Musze iść. Pa! - krzyknęła i wybiegając cmoknęła blondyna szybko w policzek. A raczej w końcik ust. Mały szczegół, a jednak coś zadział. Ross poczuł dziwne uczucie w brzuchu. Miał tak od kilku dni. W zasadzie zawsze ich znajomi mówili, że wyglądają razem uroczo. Wszyscy brali ich za parę.
Ross zignorował to uczucie i poszedł się ubrać. Pościelił łóżko i zabrał się za sprzątanie w kuchni po śniadaniu. Lecz nie myślcie, że Lau go wykorzystuje. Na początku ich mieszkania razem, zawarli umowę, która polegała na tym, że na zmianę będą się zajmować domem. Dziś przypada kolej Ross'a. Sprzątanie całego domu zajęło mu ok. półtorej godziny. Kolejną godzinę przeznaczył na oglądanie telewizji. Później zasnął na kanapie. Spał może z pół godziny. Obudził go trzask zamykanych drzwi i krzyk Laury.
-ROOOSSSSS!!
-Mała, nie krzycz. - chciał wstać z kanapy, ale Laura mu to uniemożliwiła, siadając na nim okrakiem. Znowu to dziwne uczucie.
-Zgadnij co się stało. - uśmiechnęła się szeroko i zaczęła podskakiwać na jego kolanach z podekscytowania.
-Em... No nie wiem... No... Buty po przecenie?
-Nie! Znaczy też... Zgadnij na kogo wpadłam. - cały czas skakała.
-Nie mam pojęcia... Bruno Mars?
-Nie... A szkoda. No więc uwaga: spotkałam, a raczej wpadłam na Dylana Sprouse'a!
-Tak? Super! OMG! Normalnie szo...
-Nie wiesz kto to prawda? -powiedziała brunetka, a Ross uśmiechnął się. - Ygh... Dylan Sprouse... Ten aktor... Nie ważne. No i.... Zaprosił mnie na randkę! Wow! - krzyknęła szczęśliwa i zaczęła się jeszcze bardziej gibać. Doszło by do tego, że wywaliła by się do tyłu, ale wystraszona kurczowo złapała się szyji chłopaka.
-To ja może powoli zejde. A właśnie muszę się szykować.

Laura zeszła ma dół i stanęła przed Ross'em.
-No... I jak wyglądam? - spytała uśmiechnięta obracając się wokół własnej osi.
-Wyglądasz... Nieziemsko... Wow.
-Dziękuję - odpowiedziała i zarumieniła się. Nigdy wcześniej się nie rumieniła, jak Ross prawił komplementy. Dziewczyna bez wahania przytuliła blondyna. Po chwili tulenia Ross odsunął się od niej na kawałek, jednak jego ręce zjechały z pleców na jej biodra. Zaś Laura swoje dłonie przeniosła z jego karku na jego tors. Patrzyli sobie głęboko w oczy. Ross nie mógł tak dłużej wytrzymać i przybliżył swoją twarz do jej twarzy. Ledwo musnął jej pełne i czerwone usta, a tu nagle rozległ się dzwonek do drzwi.
-Em... To pewnie Dylan. - szepnęła. Ross lekko pokiwał głową i odsunął się na bok. Z boku przyglądał się parze. Słyszał jak Dylan mówi jej czułe słówka, a Laura tylko się uśmiechała. Tylko Ross sprawił, że się zarumieniła.

Było po 22. Ross właśnie wrócił z pracy. Skierował się do ich wspólnej sypialni.
-Laura? Co się stało? - spytał z troską. Na łóżku leżała zapłakana brunetka.
-Ta randka to najgorsze co mnie w życiu spotkało.
-Czy... On coś... Czy on cie skrzywdził? - spytał, a jego mięśnie się napięły.
-Nie... Znaczy, nie tak jak Ty myślisz.
-Ciii.... Maleńka. Nie płacz. - przytulił ją do siebie.
-Gdy rozmawialiśmy powiedziałam trochę o sobie. Później stwierdził, że nie chce dziewczyny z domu dziecka oraz takie co mieszka z innym.
-Co za kretyn. Lau, jesteś piękna i mądra. I cała jesteś cudowna. Ten skurwiel nie wie jaki skarb stracił. A ja... Ja się zakochałem w twoim pięknym uśmiechu. W twoich ślicznych oczach. W całej tobie. Eh... Szaleją za Tobą jak jakiś.... - Nie dokończył, bo Laura go namiętnie pocałowała.
-Ja ciebie też.
-No wiesz! Ja co tu normalnie wykład o tym jak bardzo cie kocham, a ty mi tu wyjeżdżasz z mmmm... - znowu go pocałowała, lecz tym razem namiętniej.

_________________________________

Mam nadzieje, że wam się spodoba. Bo pisałam go na telefonie i tata zadzwonił i nie zdążyłam napisać i musiałam jeszcze raz ;(
Nie ważne. Jakby co jestem w San Diego xd

I niech pandzia moc będzie z wami! ;*

czwartek, 2 kwietnia 2015

One Shot cz. I ~ Kinga

On - przystojny, utalentowany, znany
Ona - piękna, utalentowana, niestety mało znana.

- Zamknij się już tleniona blondynko!
- Sama się zamknij idiotko! 
- Cham 
- Idiotka 
- Ciota 
- Dekiel 
- Debil 
- Kocham cię - on
- Ją ciebie też - ona - Debil
- Słodka idiotka 
- Czekaj. Wróć! Ty powiedziałeś co chamie?! Ty tleniony białasie, ty debilu! Coś ty powiedz.... - jej krzyki przerwał namiętny pocałunek z jego strony, który nasza nic nie myśląc bohaterka odwzajemniła.

- Coś tu za cicho...
- Może ich jeszcze nie ma?
- Są. Widziałam jego kurtkę i jej bluzę.
- Wychodzimy!- krzyknął i wraz ze swoją ukochaną wybiegli z budynku. Po kilku minutowym biegu znaleźli się w parku ( oczywiście wcześniej biorąc kurtkę i jej bluzę ) - Przepraszam, że byłem takim idiotą.
- To ją przepraszam za mnie i moje głupie odzywki.
- Czyli rozejm?
- Rozejm - on ją przytulił na te słowa

* dwa tygodnie później w jego domu *

- Hej słodka - powiedziała jego siostra
- Hej śliczna - odpowiedziała jej i ją przytuliła 
- Gotowa na długą zabawę? - spytała jego siostra 
- Tak! - krzyknęła jej przyjaciółka. Nagle na schodach pojawił się ON. O mało co się nie wywrócił widząc JĄ. Uśmiechnął się, gdy spojrzał na jej sukienkę. Była w jego ulubionym kolorze. Poczuła jego wzrok na sobie i spuściła głowę rumieniąc się przy tym. Siostra spojrzała na niego pytającym wzrokiem. On na to wzruszył ramionami i pociągnął dziewczyny do salonu, gdzie impreza trwała już w najlepsze. Przy konsoli stał jego młodszy brat i oczywiście miksował największe hity. Nagle szatyn puścił wolną muzykę. ON wykorzystał tą szansę i pociągnął swoją ukochaną na parkiet i przytulił się do niej. Najmłodszy z rodzeństwa zobaczył jak jego przyjaciółka całuje się z jakimś typem. Jak się okazało, jest to jego brat.

* narrator *

Ona przerywa pocałunek i idą w stronę kuchni. On jednak skręca do góry i idą do jego pokoju. Drzwi zamyka na klucz i tu im się urywa film...

_________________________________

WOOOW! Cudowny OS.  Czekamy na kolejną część.

One Shot ~ Jools cz. II

Na ślub zjechała się cała rodzina Ross'a oraz Laury. Także jej ojciec. Brunetka siedziała w pokoju i wyglądała przez okno. "spory tłum", pomyślała. Nagle usłyszała pukanie.
-Proszę.
-Cześć. Przeszkadzam?-spytał się Damiano Marano.
-Nie... - odpowiedziała cicho. - Znaczy... Zaraz jest ślub i no wiesz... Musze na nim być i...
-Mam coś dla ciebie. - przerwał jej i zza pleców wyciągnął duże pudełko.
-Co to? - spytała odbierając podarunek.
-Prezent ślubny. Otwórz. - jak prosił tak, też zrobiła. W środku znajdował się biały materiał. - Wyciągnij.
Wyciągnęła, a jej oczom ukazała się przepiękna suknia ślubna.
-Wow... Ale cudna. Ale skąd ty...?
-To suknia ślubna twojej matki. Pamiętam mój zachwyt kiedy ją poraz pierwszy w niej zobaczyłem. Była piękna. - powiedział i uśmiechnął się smutno. - To będzie wynagrodzenie i przeprosiny, za to, że byłem strasznym egoistą. Mam nadzieje, że jesteś szczęśliwa. - powiedział i skierował się do drzwi.
-Tato! - zatrzymała go, a ten się obrócił. - Dziękuję. - dokończyła.

Gdy pan Marano wyszedł, Laura ubrała się w suknie ślubną mamy. Idealnie na niej leżała. Została jeszcze tylko fryzura. Zawołała Delly.
-To w czym mam ciiii..o mamusiu! Jaka ty jesteś piękna! Mój brat ma szczęście. - uśmiechnęła się szeroko i przytuliła brunetke. Po chwili Rydel zabrała się za fryzurę Laury. Efekt był niesamowity.

Ross czekał już na pannę młodą przed ołtarzem. Nagle drzwi od kościoła się otworzyły. Weszła przez nie Laura, prowadzona przez swojego tatę. Blondyn nie mógł oderwać od niej wzroku. Była przepiękna. Doszli do ołtarza. Rozpoczęła się ceremonia.

Na weselu nie obyło się bez śmiechu, tańca, alkoholu i śpiewania. Nagle na mini scenkę wszedł, znienawidzony przez Ross'a, jego kuzyn - Taylor.
-Proszę wszystkich o uwagę! Mój ukochany kuzyn się ożenił. I w dodatku z piękną kobietą. Chce co z całego serca pogratulować. W końcu możesz przejąć kasyno, nie? O to chodziło Ci od początku. O.... Twoja żona jest lekko zaskoczona jak widzę. Nie powiedziałeś jej? To ja to zrobię. Ross poślubił Laure tylko po to, żeby przejąć po ojcu całe kasyno! Cała kasa będzie... A właściwie już jest.
-Ross to prawda? - spytała brunetka.
-Ja... Tak... - odparł z rezygnacją. - Znaczy na początku tak było. Ale już nie jest. Zakochałem się w tobie. Kocham cie najbardziej na świecie, a...
-Zamilcz! Nie chcę Cię wiedzieć już nigdy!- krzyknęła i wybiegła z sali.

Ross szukał jej do późnego wieczora. W końcu zrezygnowany pojechał do domu. W szedł do sypialni. Przez okno zobaczył Laure stojącą na balkonie.
-Laura, ja... Przepraszam. Naprawdę. Przepraszam.
-Ross. Potrafiłam co wybaczyć, że zostałam wręcz zmuszona do przyjazdu tutaj. Wybaczyłam to, że groziłeś mojemu ojcu. Ale bawienie się uczuciami... To jest coś czego wybaczyć nie potrafię. - w jego oczach zebrały się łzy. - tak samo nie potrafię cie przestać kochać. - na te słowa żywo podniósł głowę.
-Kocham Cię. Najbardziej na świecie.
-Przysięgnij, że już mnie nigdy nie skrzywdzisz.
-Przysięgam na wszystko. - powiedział patrząc jej  w oczy.

Ta historia zaczęła się nie ciekawie. Poznali się w kiepskich okolicznościach.
A jednak historia zakończyła się...
Happy End 'em

_______________________________

Au uuu... Paluszki mnie bolą.... Nóżka mnie boli. Serio!tańczyłam i coś mię tam tego. Wracając. Druga część! Yey! Mam wrażenie, że to sknociłam... A wy?

I niech pandzia moc bd z wami! ;*

środa, 1 kwietnia 2015

One Shot ~ Jools cz. I

Młoda, piękna kobieta. Laura Marano. Lat 20. Utalentowana. Świetnie śpiewała. Świetnie tańczyła. Miała tylko ojca, który no... Lubił trochę wypić. Ale krzywdy córce nigdy by nie wyrządził. Matka zmarła jak miała 8 lat. Na białaczkę. Nie dawno zerwała z chłopakiem. Nie przejęła się tym zbytnio. Żyła pełnią życia. Do czasu...

Było ciepłe popołudnie. Laura właśnie wróciła do domu po szkole tańca.
-Tatuś! Wróciłam! Gdzie jesteś? - krzyknęła w głąb domu.
-Tutaj. - opowiedział bez emocji.
-Ale jazda. Mówię ci. Mamy nowego instruktora tańca. Niezły. Beth też się podobał, hahaha  ale ta idiotka wpadła na niego. A on miał w łapie kawę hahaha i... - przerwała kiedy weszła do salonu. Bowiem zastała tam swojego ojca i jakiegoś blondyna. Na oko w jej wieku. Może o rok starszy. - A to kto? - spytała miło. Biedna nie wiedziała co ją czeka...
-To jest Ross Lynch...
-Miło mi....
-... Twój mąż. - dokończył Damiano.
-Co takiego?!
-Cudownie jest w końcu cie zobaczyć. - powiedział i podszedł do niej. Ta oszołomiona stała w miejscu,więc blondyn pogłaskał ją po policzku. - Jesteś jeszcze piękniejsza, niż na zdjęciu. Tatulek mówił, że śpiewasz i tańczysz. Śpiewać możesz mi wieczorem do snu. A zatańczymy razem na naszym weselu.
-Chwila stop! Jakie mąż?! Jakie wesele?! Śpiewanie do snu?! Jaja sobie robicie?! - krzyknęła zdenerwowana.
-Jaka zadziorna. Damianuś tego mi nie mówiłeś. - uśmiechnął się promiennie. Lecz po chwili jego twarz, znowu stała się poważna. - słuchaj kochanie. Tatuś przegrał w moim kasynie. Jesteś moja. Czy chcesz czy nie. No chyba, że tatuś ma dołączyć do twojej mamusi. Spakuj ciuchy, czy co tam se chcesz i jedziemy. - rozkazał stanowczym głosem.
  Laura nie wiedziała co ma o tym wszystkim myśleć. Ostatecznie poszła się spakować. Nie chciała przecież, żeby ojcu coś się stało. Nie wiedziała nawet, czy to co mówił ten koleś, było do końca prawdą. Wolała nie ryzykować.
Już spakowana zeszła na dół, gdzie czekał jej "mąż".
-Świetnie. Gotowa do drogi? - nic nie odpowiedziała. - okey... To pożegnaj się ze swoim tatą. - Laura tylko przejechała po obu mężczyznach wzrokiem i bez słowa wyszła z domu.
-Ta... No! Miło się robi z Tobą interesy Damianuś. - chciał już wychodzić, lecz zatrzymał go głos Marano.
-Chroń ją... Proszę... - powiedział błagalnie.
-Ej... Zajmę się nią.

Jechali w ciszy. Ross za kierownicą, a Laura na miejscu pasażera. Po chwili chłopak nie wytrzymał i położył jedną dłoń na udzie brunetki. Lau spojrzała w jego stronę, po czym odwróciła głowę ponownie do szyby.
-Wiesz... Nie będzie tak źle. Że mną będzie Ci dobrze. Zajmę się Tobą. Tylko daj mi szansę, dobrze? - spytał z nadzieją. Dziewczyna mimowolnie się uskiechbela. - Pod wieczór dojechali do ogromnej willi.
-Wow. - wyrwało się dziewczynie. - Ten dom jest Twój? - spytała.
-Nasz. - uśmiechnął się do niej i objął ją w pasie. - Laura była już na tyle zmęczona, że nie miała siły się opierać. Natłok wrażeń z dzisiaj to... to dla niej za wiele. - Chodź, oprowadze cie.

Ross pokazał Laurze każdy zakamarek jego... przepraszam: ich... domu. Na koniec zostawił najlepsze.
-A tu... Nasza sypialnia. - powiedział otwierając drzwi od pokoju.
-I my mamy tu spać? Razem? - spytała.
-Tak razem. No bo w końcu my... Jesteśmy razem. - zmieszał się lekko.
-Inaczej sobie wyobrażałam moje wyjście za mąż. - powiedziała.
-Tak? Jak? - spytał rozbierając sieci bokserek. Wszedł do łazienki i zaczął myć zęby. Laura zaś mu się przyglądała. Był dobrze zbudowany i nieziemsko przystojny. Może nie jest taki zły? Postanowiła dać mu szansę.
-Piekna... odpowiesz mi?
-Przepraszam. Zamysliłam się.
-Pewnie o mnie myślałaś, co? - uśmiechnął się szelmowsko i zrobił tzw. brewki.
-Ależ oczywiście - zamiała się również. Ross ucieszył się z poprawy humoru dziewczyny.
-Okey, umyj się, przebierz, czy... co tam zazwyczaj panny robią w łazience i dokończymy zaraz te rozmowę - puścił jej oczko i wyszedł z łazienki. Brunetka przebrała się w ciuchy do spania, umyła zęby i wróciła do sypialni. Ross czekał na nią pod kołdrą i bawił się telefonem. Dostrzegł Laure i uśmiechnął się. Poklepał miejsce obok siebie. Po chwili dziewczyna znalazła się obok niego.
Leżeli w ciszy. Nagle Laura obróciła się do niego bokiem.
-Dobra! Musimy sobie wszystko wyjaśnić. - powiedziała z determinacją w głosie i oczach.
-No to słucham.
-Po pierwsze: Dlaczego ja?
-Twój ojciec przychodziło mnie do kasyna. Upijał się. Wyciągał twoje zdjęcia i mówił o Tobie jaka to ty jesteś wspaniała.
-To mi nic nie wyjaśniło.
-Porostu spodobałaś mi się. Najzwyczajniej się w tobie zakochałem.
-Em.. Okey... To... Co teraz?
-Teraz? Teraz będziesz ze mną mieszkała i wiodła beztroskie życie ze mną. - uśmiechnął się.
-Ta... A kim my jesteśmy dla siebie?
-hm.... Dobre pytanie. Jesteś... Moją żoną.
-Tak? A jeśli ja nie chce? - spytała patrząc na niego spod rzęs.
-Nie chcesz ze mną być?! To bolało! - "zapłakał" i odwrócił się do niej plecami. Laura zaśmiała się pod nosem. Teraz miała pewność, że nie będzie źle. Przytuliła się do jego pleców i szepnęła mu na ucho:
-Możemy spróbować.
-Serio? Chcesz tego?
-No... Tak między nami. To też mi się spodobałeś. - na to zadanie chłopak uśmiechnął się szeroko. - Ale ci... Nikomu nie mów. - szepnęła, a Ross odrzucił głowę do tyłu, znosząc się śmiechem.
-Nawet nie wiesz jak się ciesze. Zobaczysz przy mnie niczego ci nie będzie brakować. Będę dobrym mężem. I ojcem!- krzyknął radośnie.
-Haha.... Zaraz! Ja nic nie wiem o żadnych dzieciach.
-No co? Ja chce mieć potomstwo.
-O nie nie. Najpierw ją chce mieć prawdziwe wesele.
-Co tylko będziesz chciała. To co? Buzi i dobranoc?- teraz dziewczyna zniosła się śmiechem. Odwróciła się od niego i zasnęła.
-No ale buzi jeszcze!

*Miesiąc później*

Dziś się odbyć ślub naszej pary. Przez ten miesiąc Laura zakochała się w blondynie po uszy. Brunetka zaprzyjaźniła się z jego siostrą. Rydel. Właśnie się stroiły na ślub.
Natomiast Ross i jego bracia również, ale w innym pokoju.
-I ona się zgodziła za ciebie wyjść? - spytał Riker.
-No skoro mnie kocha...
-Kocha? Czyli jej nie powiedziałeś.-stwierdził Rocky.
-Chłopaki. To teraz nie istotne. Ja się z nią żenie, bo ją kocham. Ona za mnie wychodzi, bo mnie kocha. I koniec gadki.
-Jeśli ją kochasz to powiesz jej prawdę? - spytał Ell.
-To nie będzie potrzebne...

_________________________________

CZ. I. Tak podzieliłam to na części, bo nie wyrabiam. Tia.... Co za tajemnice skrywa Ross?
Jakieś propozycje?
Aha i ten OS. To być może skrócony blog, który być może założę.
soreczka za błędy. Ale ślepka mnie bolą. Xd. Dobra... Spadywuje.

I niech pandzia moc bd z wami! ;*

niedziela, 29 marca 2015

One Shot ~ Jools

Pewnego wiosennego dnia, pewna rodzina - Lynch - jechała na wycieczkę.
15-letni Ross, przeżywał wtedy "okres buntowniczy"
-Hej, młody co robisz? - spytał 18-letni Riker.
-Nic. - odparł nawet na niego nie patrząc.
-Aha, czyli lampisz się na konsole bez powodu?
-Nom.
-Stary, co się z Tobą dzieje? Dziewczyna cie rzuciła? - pytanie zadał tym razem 16-letni Rocky.
-Ja nie mam dziewczyny, okey?! - warknął młody blondyn.
-Chłopcy zostawcie go w spokoju. - powiedziała spokojnie ich mama Stormie.
Ross mruknął pod nosem :"No nareszcie", poczym znów zatracił się w grze.
Parę godzin później, wszyscy spali. Oprócz ich taty Marka, który prowadził samochód i Ross'a, który dalej grał w grę. Niestety Mark po wielu godzinach za kierownicą także odczuwał zmęczenie. Odczuwał je na tyle, że nie zauważył dziewczyny, na środku ulicy. Ross oderwał na chwile wzrok od gry i spojrzał przed siebie.
-Tato uwazaj! - krzyknął budząc przy tym wszystkich. Sam Mark się ocknął i próbował ominąć dziewczynę, którą strach sparaliżował. Dziewczyna też jakby dopiero teraz się obudziła i skoczyła z drogi. Mark szybko zahamował.
-Czy wszyscy są cali? - spytał łapiąc oddech. Cała rodzina przytaknęła. - To dobrze. Pójdę sprawdzić co z tą dziewczyną. - Jak powiedział tak zrobił. Lynch'owie wyszli z auta. Rocky i Riker poszli załatwić się do lasu. Rydel grzebała trampkiem w ziemi. Ross zaś... grał w grę. Zupełnie jakby to co się działo przed chwilą nie miało miejsca.
W tym czasie Mark przyniósł na ręką małą istotke.
-Mój Boże. - szepnęła Stormie i zakryła usta dłonią. W tym czasie Rocky i Riker przyszli.
-Ale ona słodka. - powiedziała Rydel.
-Taka... delikatna.
Całą sprawą zainteresował się nawet Ross. Podszedł do taty i opierając dłoń na jego ramieniu, pociągnął się na palcach, przyglądając się dziewczynie.
-Ona... Nie żyje? - spytał patrząc na jej lekko zarumienioną twarzyczke.
-Rossy nie bądź nie mądry.- powiedziała czule Stormie i przeczesała mu włosy, które natychmiastowo roztrzepał.
-Musiała uderzyć głową o drzewo i straciła przytomność. - rzekł Mark.
-Weźmiemy ją? Proszę, Proszę.
-Riker. To nie jest pies. - zganiła go siostra.
-No, ale wiesz o co chodzi.
-Nie możemy jej tak zostawić.
-Ross usiądziesz z nią z tyłu? - spytała jego mama.
-Ale dlaczego ja?! - oburzył się, chociaż gdzieś w środku miał tzw. motylki w brzuchu. Po chwili Lynch'owie i tajemnicza dziewczyna, ruszyli dalej. Ross w końcu uległ. Usiadł obok nie przytomnej dziewczyny. Ponieważ jechali przez drogę, w której było mnóstwo dziur, w końcu dziewczyna opadła na kolana Ross'a. Chłopak zdezorientowany oderwał wzrok od gry i spojrzał na kruchą istotke. Była piękna. Brunetka z jasnymi, lokowanymi końcówkami. Ross przez ułamek sekundy był ciekaw koloru jej oczu. Bardzo chciał je zobaczyć. Po chwili położył jedną dłoń na jej brzuchu i przesunął bliżej siebie. Uśmiechnął się pod nosem. Rydel w tym czasie odwróciła się do młodszego brata. To co zobaczyła wywołało u niej szeroki uśmiech. Ross czując na sobie wyrok siostry spojrzał na nią.
-Żeby nie spadła. - zapewnił ją. Blondynka tylko pokiwała z uśmiechem głową i się odwróciła z powrotem.

Lynch'owie dojechali do celu swojej podróży, czyli ich domku letniskowego. Mark otworzył tylnie drzwi samochodu i chciał wyciągnąć brunetke, jednak uprzedził go Riker.
-Ja chcę, ja! Ona jest taka słodziutka. To będzie moja druga młodsza siostra.- powiedział poczym podniósł ją i skierował się w stronę domku.
-Kochanie. Nie wiemy, czy ktoś jej nie szuka.
-No,ale... zanim się ktoś zgłosi. Ona potrzebuje na ten czas rodziny. Nie? - spytał z nadzieją.- gdzie będzie spać?
-Może u mnie? - spytał cicho Ross.
-Skoro chcesz. - uśmiechnęła się ciepło Stormie. Jednak zaraz jej uśmiech zniknął. - Ale nie myśl, że też tam będziesz spać. Ty pójdziesz spać do Ryland'a. - powiedziała stanowczo. Ross podniósł ręce w geście obrony.

Brunetka obudziła się z lekkim bólem głowy. Nie wiedziała gdzie się znajduje. Jej pierwszą myślą było,  że została uprowadzona. Jednak jej myśl szybko została rozwiana, bo do pokoju, w którym spała weszła blondynka.
-O! Obudziłaś się! Jak fajnie. Poczekaj! Pójdę po resztę. - dziewczyna nie zdążyła nic powiedzieć, bo młoda blondynka szybko wyszła. Zaraz jednak wróciła, z całą grupą.
-Dzień dobry, kochanie. Wyspałaś się? - powiedziała kobieta. Dziewczyna tylko pokiwała głową.
-A co ty robiłaś w lesie? - tym razem zadał pytanie Riker. Dziewczyna tylko wzruszyła ramionami.
-A jak masz na imię? - spytał Ross. W końcu mógł zobaczyć jej oczy. Miała ładne oczy. Błyszczące, głębokie, o kolorze czekolady.
-Laura. - powiedziała i spojrzała na niego. Chłopak w duszy uśmiechnął się, ponieważ tylko na jego pytanie odpowiedziała. Niby nic. A jednak blondyn poczuł się szczęśliwy. Godzinę później wszyscy się przedstawili. Laura za to się bardziej otworzyła dla nich.
-Nie pamiętam, co robiłam w tamtym lesie. Jedyne co wiem to moje imię. To wszystko. - skończyła mówić.
-Laurka, może chcesz wyjść na świeże powietrze? Tak długo spałaś. - powiedział Mark.
-Ja ją zabiorę. - powiedział żywo Ross i pociągnął ją na zewnątrz.
-Myślę, że Laura spadła nam z nieba. - uśmiechnęła się Rydel.
-Czemu?
-To proste. Ona zmieni Ross'a. Zobaczycie.

W tym samym czasie Laura i Ross spacerowali po pobliskiej łące.
Dziewczyna zbierała mlecze i robiła z nich wianek, natomiast Ross szedł z rękami w kieszeni i przyglądał się brunetce.
-Pokazać ci coś? - spytał po chwili Ross.
-Co takiego?
-Zobaczysz.
Chwilę później znaleźli się pod ogromną wierzbą płaczącą. To jednej z gałęzi przymocowana była huśtawka. Oboje się na niej zmieścili. Laura skończyła swój wianek i nałożyła Ross'owi na głowę. Zaśmiała się.
-Bardzo ładnie wyglądasz. - uśmiechnęła się szeroko, co Ross odwzajemnił.
-Nie znam cie długo, a już Cię bardzo lubię. - powiedział blondyn i wyciągnął jednego kwiatka z wianka na głowie i podał dziewczynie. Brunetka na ten gest lekko się zarumieniła.
-Mam to samo. Wracamy?

Od tamtych wydarzeń minęło 6 miesięcy. Ross i Laura zostali najlepszymi przyjaciółmi. Dzięki niej, blondyn znowu był pełnym życia, ciągle się uśmiechającym chłopakiem. Przez ten czas dziewczyna mieszkała z Lynch'ami. Ponad to Mark i Stormie rozmieszczali w tamtych okolicach zdjęcie Laury i ich numer oraz adres, w nadziei, że rodzina dziewczyny odnajdzie swoją zgubę. Kochali Laura jak córkę. Chcieli by z nimi została, ale wiedzieli, że ktoś może za nią tęsknić. To właśnie 15 kwietnia nastąpił ten oczekiwany, a zarazem okropny dla wszystkich moment.
Ross i Laura jak zwykle wygłupiali się na dywanie. Chłopak rzucił się na dziewczynę, czym skutkiem był ich upadek. Blondyn zaczął łaskotać dziewczynę. Po chwili opadł zmęczony obok niej. Dziewczyna przytuliła się do jego boku, kładąc mu głowę na klatkę.
-Kocham cie Laura. - powiedział obejmując ją ramieniem.
-Jak siostrę? Czy jak dziewczynę? - spytała z nadzieją w głosie. Chłopak nic nie odpowiedział. Nawet nie zdążył, bo do jego pokoju wpadł Ryry. Był cały blady.
-Laura, ktoś do ciebie. -szepnął. Dziewczyna wstała,  natomiast Ryland podszedł do brata.
-Powiedziałeś jej?
-No tak jakby.
-A ona coś powiedziała?
-No tak jakby.
-A... - zaczął jednak przerwał mu głos Riker'a.
-Ross! Chodź tu szybko!

Ross szybko zbiegł po schodach. Jednak natychmiast się zatrzymał, kiedy zobaczył dwójkę ludzi i Laure.
-Co się dzieje? - spytał obawiając się najgorszego.
-Ross... To są rodzice Laury.
-Nie... Nie! - krzyknął ze łzami w oczach. Podszedł szybko to państwa Marano. - Nie możecie mi jej zabrać. - powiedział, a raczej jeknął. Odwrócił się od nich. Zobaczył, że nie ma z nimi Laury. Pędem pobiegł do jej pokoju. Zastał tam panującą się brunetke. Płakała. Chłopak bez słowa podszedł do niej i od tyłu ją przytulił. Dziewczyna momentalnie rozpłakała się jeszcze bardziej.
-Cii... Nie płacz. - szepnął i zacisnął ręce.

Pani Ellen, jeszcze raz dziękowała Lynch'om za ratunek i pomoc dla jej córki. Laura zeszła się ze wszystkimi pożegnać. Wszystkich przytuliła i dała po dwa buziaki dla każdego. Jeden buziak na jeden policzek. Na końcu został jej Ross.
Uściskała go,  poczym lekko się od niego odsunęła. Pocałowała go w jeden policzek, w drugi, a na koniec przelotnie  w usta. Odsunęła się od niego już na większą odległość po czym szybko uciekła do samochodu.

Siedząc z tyłu, patrzyła na krajobraz za otwartym oknem. Nagle zobaczyła Ross'a na rowerze. Jechał równo z jej samochodem.
-Co ty robisz?!
-Musisz nas jeszcze kiedyś odwiedzić! -  krzyknął.
-No dobra, ale co ty odwalasz?! Oszalałeś?!
-Tak! Oszalałem z... - ni usłyszała już, bo Ross się zatrzymał, a samochód Marano wjechał w tunel.

Od wyjazdu Laury minęły 3 lata. 18-letni już Ross nie mógł zapomnieć o Laurze. Jego pierwszy pocałunek był z nią. Pierwszy i ostatni. Tak zgadza się. Ross nie całował się z nikim innym. Tylko raz z Laurą. Obiecał sobie, że nie będzie miał dziewczyny. Chciał Laury. A nawet nie wiedział czy nadal mieszka w tym mieście.
W tym roku rodzina Lynch znowu przyjechali do swojego domku. Ross siedział u siebie. Po chwili usłyszał pukanie.
-Proszę.
-I jak się trzymasz braciszku? - spytała Rydel. Chłopak westchnął i odwrócił głowę.
-Tęsknię za nią. - szepnął łamiącym się głosem, a z jego oczu poleciały łzy.
-Oh, Ross... Ja... - przerwał jej dźwięk klaksonu. Podeszła do okna. Zobaczyła czarny samochód. Lekko się zdziwiła, bo przecież żadnych krewnych nie zapraszali. Jednakże bardziej się zdziwiła się, gdy zobaczyła kto z niego wysiada.- O mój Boże! Ross! Chodź zobacz!
Blondyn nie chętnie wstał i podszedł do okna. Nie mógł uwierzyć własnym oczom.
Niczym torpeda wyleciał z pokoju, a następnie przed domek. Stanął z nią twarzą twarz. Ross był nią oczarowany. Zmieniła się przez te 3 lata. Urosła. Wyładniała. Jest już kobietą. Chłopak otrząsnął się z pierwszego szoku. Podbiegł do niej i obrócił wokół własnej osi.
-Tak strasznie za Tobą tęskniłem. - powiedział i ją postawił.
-Ja jeszcze bardziej. - uśmiechnęła się.
-Nie dawałaś znaku życia przez 3 lata i byłbym na ciebie zły... - powiedział poważnie, a Laura przybrała skurszoną minę - Ale, że z ciebie taka laska się zrobiła, że prostu nie potrafię. - dokończył i ponownie ją przytulił.
-Ty też się zmieniłeś. Włosy ci urosły. Wiesz jak teraz ładnie ci będzie w wianku? - spytała ze śmiechem.
-Pamiętasz może jak Ci mówiłem, że Cię Kocham? A ty się spytałaś, czy jak siostrę. Albo jak jechałem na rowerze obok twojego samochodu. Mówiłaś, że oszalałem. Pamiętasz? - pogłaskał ją po policzku.
-No...
-Kocham cie jak dziewczynę. Oszalałem na twoim punkcie. - szepnął.
-Ja ciebie też kocham - powiedziała i chciała go pocałować, jednak blondyn lekko się odsunął. - Co się stało?
-Jest jeden problem.- powiedział poważnie.
-Jaki? - spytała przerażona.
-Żenie się.
-Co? Z kim? - spytała łamiącym głosem.
-Ona jest piękna i cudowna.
-Tak? To fajnie. - powiedziała smutna, a w oczach zbierały się łzy.
-I mam to ciebie pytanie.
-Jakie?
-Wyjdziesz za mnie?- spytał z głupim uśmiechem.
-Co?! Idota! Nie nawidze cie! - krzyknęła i pocałowała go bardzo namiętnie.

_________________________________

Paluszki mnie bolą, ale czego się nie robi dla was, nie?
Dobra bez zbędnych...
Komentujcie..

I niech pandzia moc bd z wami! ;*

czwartek, 26 marca 2015

One Shot ~ Jools

Opowiem Wam teraz historie,  pewnej dziewczyny...
To był jeden z najbardziej zimnych dni w tym roku. Dużymi krokami zbliżały się Święta Bożego Narodzenia. Pewna brunetka- Laura Marano- wracała późnym wieczorem do domu po świątecznych zakupach. Cała obładowana pakunkami i zmarznieta szła ulicami Nowego Yorku. Nagle potrącił ją jakiś facet, co poskutkowało tym, że wszystkie torby jej  upadły.
-Mówi się, przepraszam!- krzyknęła do biegnącego mężczyzny, który i tak  był za daleko by cokolwiek usłyszeć.
-No świetnie!  I jak ja teraz wrócę do domu?- zapytała samą siebie.
-Możemy ciebie zabrać.- usłyszała za sobą głos.  Odwróciła się i ujrzała piątkę ludzi. Blondynkę,  dwóch brunetów i dwóch blondynów z czego jeden z nich wydawał się być w jej wieku. Wyglądali na miłych ludzi. Laura miała takie uczucie,  że może im zaufać.
-Byłoby super- chłopcy pomogli jej wsadzić torby do bagażnika i mogli jechać. Podczas drogi zdążyli się zapoznać.  A nawet zaprzyjaźnić.
                                         ***
Gdy dotarli na miejsce brunetka jeszcze raz podziękowała za pomoc i weszła do mieszkania.
Następnego dnia,  Laure obudził dzwonek.  Okazało się,  że to kurier z dwoma bukietami czerwonych róż i dwoma pudełeczkami bombonierek.  W obu podatkach był liścik . W pierszym:

"Najsłodsza Lau, 
Pisze do ciebie ten list, gdyż od wczoraj nie mogę przestać o tobie myśleć. Słaby jestem w takich rzeczach,  wiec się powtórzę. Cały czas o tobie myślę. ~E. Ratliff"

Tego się zupełnie nie spodziewała.  Lubiła Ellightona, ale jak przyjaciela. Rozwinęła drugą karteczke:

"Najdroższa Laurko, 
Przy tobie czuje się niesamowicie i tak poprostu super.  Niestety nie jestem dobry w te klocki, chociaż to dziwne,  bo pisze piosenki... Ale nie ważne. Mam nadzieje, że przy mnie czujesz coś równie nie zwykłego,  gdy jestem w pobliżu. ~Twój Riker Lynch.

Brunetka nie wiedziała co ma robić. Nie chciała się umawiać z jednym i z drugim. Postanowiła,  że im powie, delikatnie i spokojnie.

Parę dni później,  po domu Laury rozległ się dzwonek do drzwi. Okazało się, że to Riker  z bukietem białych i czerwonych róż.
-Cześć piękna to dla ciebie- wręczył dziewczynie kwiaty i pocałował w policzek.
-Oh... Riker, te same kwiaty od tygodnia... Nie trzeba było- chłopak puścił jej oczko i rozsiadł się na kanapie. Lau,  gdy napełnia dzbanek wodą, ponownie zadzwonił dzwonek. Tym razem przyszedł Ell. Z tym samym bukietem co Riker. Poszedł do salonu i...
-A ty co tu robisz?!- chłopcy zaczęli krzyczeć.
-Co Ja tu robię?!  Co TY tu robisz?!
-Pierwszy spytałem!
-Przyszedłem do Lau- i tak do znudzenia, aż znowu zadzwonił dzwonek.
-Kto tym razem?!- dziewczyna uniosła ręce w celu spytania stwórcy. Tym razem Ross.
- Hej Lau chciałem Ci coś powiedzieć... Czy to Riker i Ell tam tak krzyczą?
-A tak. Kłócą się chyba o mnie. Blondyn odrazu posmutniał.
-Oh,  to może ja juz pójdę.- juz wychodził kiedy z jego tylnej kieszeni wypadła karteczka.
-Poczekaj co to?- spytała i otworzyła karteczkę. Zaczęła czytać na głos.
-Dla mojej ukochanej Lau. 
"Crazy 4 U"

I played it safe
I kept my foot up on the brake
I never really took a chance in life
And didn't live for today.

Oh girl, and then I met you
Opened my eyes to something new.
You know you set me free like no one else
And got me actin' a fool.

Don't you know changed my life,
Girl cause now I'm livin'
And it feels so right, yeah

[Chorus:]
You got my heart beat pumpin'
And its going insane
You got me jumping outta aeroplanes, whoa
And that's why...
I'm crazy its true
Crazy 4 U
You got me base jump livin'
And I can't look down
You know you short circuit my brain
I can't lie...
I'm crazy its true
Crazy 4 U

Midnight dipping in the pool,
Or sneaking out up on the roof
You're unpredictable and girl that's what
That's what I love about you

Don't you know you changed my life,
Girl, cause now I'm livin'
And it feels so right, yeah

[Chorus]

No I didn't lose my mind when I fell for you (without a parachute)
And I'm gonna love you girl like you never knew (whoa)

Don't you know you changed my life
Girl cause now I'm living
And it feels so right, yeah...

-Piękna... - tylko tyle mogła powiedzieć.
-Bo jest o Tobie... Lau ja wiem, że to głupie,  ale ja ciebie tak bardzo kochmm- nie dokończył, bo Laura go pocałowała. Całowali się coraz to namiętniej,  ale...
-Ej,  a co z nami?!- zapytali równocześnie. W tej chwili weszła starsza siostra Lau- Vanessa.
-Rik. Van. Van. Rik- przedstawiła ich sobie a ci tylko spojrzeli na siebie i wyszli gdzieś razem. Po chwili dostała sms'a od siostry,  że wróci późno.
- Wszystko słodko, a co ze mną?!- rozpoczął Ell.
-Hmm. Co powiesz na Rydel?- brunet rozszerzył oczy i wybiegł z domu. W końcu Laura mogła pobyć sama z Ross'em.
-Więc...?- zapytała. Chłopak się uśmiechnął uroczo i obrócił ją dookoła własnej osi. Potem żyli długo i szczęśliwie...

Zapytacie skąd znam te historię?  Heh rodzice mi ją opowiadali.  A nazywam się Lena Lynch...

piątek, 13 marca 2015

"Hands of a clock only turn one way" by Ruby

Zmieniłeś się- najczęściej wypowiadamy gdy za czymś tęsknimy, czegoś nam brakuje. Znacznie rzadziej mówimy tak gdy ktoś zmienił się na lepsze. I może właśnie o to chodzi? Może czas potrafi zmienić tylko na gorsze a lepsi stają się tylko ci, którzy pokonali walkę z czasem? Ciężko jest naprawić to co zepsuł czas. Nie możemy go zobaczyć, dlatego nigdy przed nim nie uciekniemy. To jak ucieczka przed samym sobą i własnymi myślami...

Średniej postury blondynka przemierzała rodzinne miasto rozglądając się do koła. Kiedyś biegała tymi ulicami bez namysłu a teraz to miejsce wydawało jej się zupełnie obce. Niemal wszystkie budynki przybrały surowego, nowoczesnego wyglądu. Dawne, kudłate psy radośnie biegające między drzewami w parku zastąpiły perfekcyjnie obcięte pudle, majestatycznie kroczące po równiutko wykoszonej trawie. Blondynka zatrzymała się przed budynkiem w którym znajdował się Starbucks. Poprawiła włosy starannie spięte w kucyk, wygładziła ręką marynarkę w odcieniu pudrowego różu i weszła do środka.
-Vanilla Latte, poproszę- zwróciła się do ciemnowłosej dziewczyny stojącej za ladą.
Po zapłaceniu wzięła kawę w rękę i szybko obróciła się w stronę stolików. W tej samej chwili do lokalu wbiegła czwórka roześmianych chłopaków. Zwrócili sobą uwagę dziewczyny a po chwili jeden z nich popchnął drugiego na zaskoczoną blondynkę. Na szczęście kawa spadła na podłogę i ochlapała tylko buty dziewczyny. Za nim zdążyła cokolwiek zrobić przyjrzała się bliżej chłopakom, którzy dalej z przejęciem przyglądali się losom jej kawy i rzuciła: Wy się nigdy nie zmienicie.
Dopiero teraz trójka z nich ogarnęła się na tyle, żeby mocno uściskać swoją siostrę- byłą właścicielkę kawy.
-Rydel! Ty wróciłaś!- krzyknął jeden z nich z bananem na twarzy.
-No jak widać!- zaśmiała się rozkładając ręce.- A jemu co się stało?- zapytała wskazując na ślepo wpatrującego się w nią przyjaciela.
Wszyscy siedli przy stoliku zasypując siostrę pytaniami a Ellington, jej przyjaciel z dzieciństwa niegdyś taki wygadany teraz siedział cicho z miną dziecka, któremu przed chwilą odebrano ulubioną zabawkę.
-Czym ty je potraktowałaś?- zapytał w końcu wpatrując się w oczy dziewczyny.
-Ale o czym ty mówisz?- zapytała zdezorientowana tak bliską odległością chłopaka od jego twarzy.
-No o rzęsach, co ty z nimi zrobiłaś?
-Ell, to się nazywa tusz do rzęs.- wytłumaczyła z pewnego rodzaju rozbawieniem i wyższością w głosie.
-Kiedyś takich nie miałaś. Wolałaś biegać w koszulkach Rikera i w kucyku bez tych wszystkich metalowych pręcików, pamiętasz?
-Dorosłam, tobie też to zalecam.- powiedziała zgadując iż metalowe pręciki mają oznaczać wsuwki do włosów.

I tak wyszło, że zajęci rozmową wracali do domu tuż po zamknięciu kawiarni.
-Co Cię ugryzło, wróciła po kilku latach a ty zamiast się cieszyć zachowujesz się jakbyś chciał, żeby jak najszybciej znowu stąd wyjechała- powiedział Ross kiedy Rydel gadała z pozostałymi chłopakami w bezpiecznej odległości.
-Ona już nie jest taka jak kiedyś- odpowiedział Ellington.
-Przecież jest wesoła jak dawniej, kocha kawę i ciasteczka, komedie, śpiew, piłkę... w czym się niby zmieniła?
-Nie wiem, zmieniła się.- uparcie przekonywał zakładając ręce.
     
 Następne dni jak za dawnych czasów spędzali w piątkę. Ellington i Rydel próbowali ze sobą rozmawiać, ale zawsze kończyło się to kłótnią. Nie potrafili znaleźć wspólnego języka... a tak na prawdę, to chyba zgubili go gdzieś po drodze. Jako dzieci potrafili przegadać ze sobą cały dzień i jeszcze wysyłać sobie sms-y w środku nocy. Teraz wyglądali jakby dzieliło ich kilka lat a przecież tak na prawdę byli w tym samym wieku. Z tym, że teraz tylko on potrafiłby do niej zadzwonić i spytać o godzinę. Oboje pamiętali każdą wspólnie spędzoną chwilę i w tajemnicy przed sobą pragnęli, żeby wróciły ich dawne relacje.

  W końcu Ellington wpadł na kolejny genialny pomysł. Poszedł do dziewczyny z pretekstem "wizyty u kolegów" i po drodze zastał ją w ogródku.
Nawet nie powie "cześć"- pomyśleli oboje. W końcu przerwał ciszę i...
-Hej Delly, dzisiaj dzień mokrego podkoszulka.- powiedział Ell i rzucił w dziewczynę balonem wypełnionym wodą.
-Moja nowa bluzka!- zapiszczała. -Idioto! Wiesz ile ona kosztowała!- krzyczała próbując wytrzeć ją chusteczką. Za to zrezygnowany Ellington wyszedł z pokoju kręcąc głową zawiedziony tą sytuacją.

Dawna Delly nie płakałaby z powodu mokrej bluzki. Dawna Delly zdjęłaby ją na środku podwórka i jak chłopak biegałaby w samych szortach. Cóż, trudno dziwić się komuś kto wychował się z czterema braćmi.
Ciekawe jakby taka sytuacja wyglądała teraz przyjmując, że Rydel nie zaczęłaby piszczeć i płakać. Chłopak zaśmiał się na samą myśl o tym. Może jednak nie wszystko zmieniło się na gorsze?- pomyślał.
Poszedł do sklepu gdzie kupił kolorowe pianki, takie jakie zawsze jedli w dzieciństwie i wrócił do domu Lynchów gdzie na kanapie zastał Rydel oglądającą jakiś film.
-Mogę się przyłączyć?- zapytał z uśmiechem.
-A dostanę piankę?
-Ile tylko zechcesz- odpowiedział.
-No to możesz- odpowiedziała.
Chłopak otworzył paczkę pianek i teraz po kolei podrzucał je w górę i łapał.
-Nie umiesz jeść normalnie?- zapytała poirytowana gdy nie wszystkie pianki trafiały do ust chłopaka, niektóre z nich lądowały na niej.
-Umiem, ale tak jest zabawniej -wytłumaczył i począł rzucać w dziewczynę piankami. Te tylko odbijały się od jej nosa i lądowały na kanapie.
-Widać nie wszyscy tak potrafią -stwierdził. Rydel za to z chytrym uśmieszkiem wskazała na telewizor, na którym przystojny mężczyzna karmił swoją idealną dziewczynę truskawkami. Ellington załapując aluzję włożył piankę do ust dziewczyny z niepewną miną mówiącą "dobrze to robię?". Rydel za to ze szczerym uśmiechem pokiwała twierdząco głową. Niestety wszystko, a już paczka pianek w wyjątkowo szybko się kończy. Oboje przypomnieli sobie o filmie, który mieli oglądać więc teraz oboje zaczęli śledzić losy bohaterki zakochanej w dwóch chłopakach na raz, która jak na złość nie potrafiła wybrać żadnego z nich. Jednak pod koniec filmu Anastasia zdecydowała się na Patrica i jak na każdy, porządny film przystało para zaczęła się namiętnie całować. Ku zawstydzeniu blondynki  wcale nie zamierzali przestać a Ellington pokazał palcem na telewizor tak jak wcześnie zrobiła to Delly i dał jej kuksańca w bok. Jednak ona niewzruszona dalej oglądała coraz to pikantniejsze pocałunki pary i coraz to częściej Ellington szturchał ją zaczepnie z uśmiechem na twarzy. W końcu przewracając oczami, ale z uśmiechem odwróciła się do chłopaka i wbiła się w jego usta.

                                               
Hej, imbryczki! :D Co do tytułu to jest on cytatem z piosenki "Little Me" ;)
Co do OS wiem... beznadzieja, nie miejcie do mnie żalu... z brakiem weny tak czasem bywa. Dzięki, że przeczytaliście i zapraszam do zakładki "Propozycje". Serio, włazić tam, może coś mnie zainspiruje :D