środa, 1 kwietnia 2015

One Shot ~ Jools cz. I

Młoda, piękna kobieta. Laura Marano. Lat 20. Utalentowana. Świetnie śpiewała. Świetnie tańczyła. Miała tylko ojca, który no... Lubił trochę wypić. Ale krzywdy córce nigdy by nie wyrządził. Matka zmarła jak miała 8 lat. Na białaczkę. Nie dawno zerwała z chłopakiem. Nie przejęła się tym zbytnio. Żyła pełnią życia. Do czasu...

Było ciepłe popołudnie. Laura właśnie wróciła do domu po szkole tańca.
-Tatuś! Wróciłam! Gdzie jesteś? - krzyknęła w głąb domu.
-Tutaj. - opowiedział bez emocji.
-Ale jazda. Mówię ci. Mamy nowego instruktora tańca. Niezły. Beth też się podobał, hahaha  ale ta idiotka wpadła na niego. A on miał w łapie kawę hahaha i... - przerwała kiedy weszła do salonu. Bowiem zastała tam swojego ojca i jakiegoś blondyna. Na oko w jej wieku. Może o rok starszy. - A to kto? - spytała miło. Biedna nie wiedziała co ją czeka...
-To jest Ross Lynch...
-Miło mi....
-... Twój mąż. - dokończył Damiano.
-Co takiego?!
-Cudownie jest w końcu cie zobaczyć. - powiedział i podszedł do niej. Ta oszołomiona stała w miejscu,więc blondyn pogłaskał ją po policzku. - Jesteś jeszcze piękniejsza, niż na zdjęciu. Tatulek mówił, że śpiewasz i tańczysz. Śpiewać możesz mi wieczorem do snu. A zatańczymy razem na naszym weselu.
-Chwila stop! Jakie mąż?! Jakie wesele?! Śpiewanie do snu?! Jaja sobie robicie?! - krzyknęła zdenerwowana.
-Jaka zadziorna. Damianuś tego mi nie mówiłeś. - uśmiechnął się promiennie. Lecz po chwili jego twarz, znowu stała się poważna. - słuchaj kochanie. Tatuś przegrał w moim kasynie. Jesteś moja. Czy chcesz czy nie. No chyba, że tatuś ma dołączyć do twojej mamusi. Spakuj ciuchy, czy co tam se chcesz i jedziemy. - rozkazał stanowczym głosem.
  Laura nie wiedziała co ma o tym wszystkim myśleć. Ostatecznie poszła się spakować. Nie chciała przecież, żeby ojcu coś się stało. Nie wiedziała nawet, czy to co mówił ten koleś, było do końca prawdą. Wolała nie ryzykować.
Już spakowana zeszła na dół, gdzie czekał jej "mąż".
-Świetnie. Gotowa do drogi? - nic nie odpowiedziała. - okey... To pożegnaj się ze swoim tatą. - Laura tylko przejechała po obu mężczyznach wzrokiem i bez słowa wyszła z domu.
-Ta... No! Miło się robi z Tobą interesy Damianuś. - chciał już wychodzić, lecz zatrzymał go głos Marano.
-Chroń ją... Proszę... - powiedział błagalnie.
-Ej... Zajmę się nią.

Jechali w ciszy. Ross za kierownicą, a Laura na miejscu pasażera. Po chwili chłopak nie wytrzymał i położył jedną dłoń na udzie brunetki. Lau spojrzała w jego stronę, po czym odwróciła głowę ponownie do szyby.
-Wiesz... Nie będzie tak źle. Że mną będzie Ci dobrze. Zajmę się Tobą. Tylko daj mi szansę, dobrze? - spytał z nadzieją. Dziewczyna mimowolnie się uskiechbela. - Pod wieczór dojechali do ogromnej willi.
-Wow. - wyrwało się dziewczynie. - Ten dom jest Twój? - spytała.
-Nasz. - uśmiechnął się do niej i objął ją w pasie. - Laura była już na tyle zmęczona, że nie miała siły się opierać. Natłok wrażeń z dzisiaj to... to dla niej za wiele. - Chodź, oprowadze cie.

Ross pokazał Laurze każdy zakamarek jego... przepraszam: ich... domu. Na koniec zostawił najlepsze.
-A tu... Nasza sypialnia. - powiedział otwierając drzwi od pokoju.
-I my mamy tu spać? Razem? - spytała.
-Tak razem. No bo w końcu my... Jesteśmy razem. - zmieszał się lekko.
-Inaczej sobie wyobrażałam moje wyjście za mąż. - powiedziała.
-Tak? Jak? - spytał rozbierając sieci bokserek. Wszedł do łazienki i zaczął myć zęby. Laura zaś mu się przyglądała. Był dobrze zbudowany i nieziemsko przystojny. Może nie jest taki zły? Postanowiła dać mu szansę.
-Piekna... odpowiesz mi?
-Przepraszam. Zamysliłam się.
-Pewnie o mnie myślałaś, co? - uśmiechnął się szelmowsko i zrobił tzw. brewki.
-Ależ oczywiście - zamiała się również. Ross ucieszył się z poprawy humoru dziewczyny.
-Okey, umyj się, przebierz, czy... co tam zazwyczaj panny robią w łazience i dokończymy zaraz te rozmowę - puścił jej oczko i wyszedł z łazienki. Brunetka przebrała się w ciuchy do spania, umyła zęby i wróciła do sypialni. Ross czekał na nią pod kołdrą i bawił się telefonem. Dostrzegł Laure i uśmiechnął się. Poklepał miejsce obok siebie. Po chwili dziewczyna znalazła się obok niego.
Leżeli w ciszy. Nagle Laura obróciła się do niego bokiem.
-Dobra! Musimy sobie wszystko wyjaśnić. - powiedziała z determinacją w głosie i oczach.
-No to słucham.
-Po pierwsze: Dlaczego ja?
-Twój ojciec przychodziło mnie do kasyna. Upijał się. Wyciągał twoje zdjęcia i mówił o Tobie jaka to ty jesteś wspaniała.
-To mi nic nie wyjaśniło.
-Porostu spodobałaś mi się. Najzwyczajniej się w tobie zakochałem.
-Em.. Okey... To... Co teraz?
-Teraz? Teraz będziesz ze mną mieszkała i wiodła beztroskie życie ze mną. - uśmiechnął się.
-Ta... A kim my jesteśmy dla siebie?
-hm.... Dobre pytanie. Jesteś... Moją żoną.
-Tak? A jeśli ja nie chce? - spytała patrząc na niego spod rzęs.
-Nie chcesz ze mną być?! To bolało! - "zapłakał" i odwrócił się do niej plecami. Laura zaśmiała się pod nosem. Teraz miała pewność, że nie będzie źle. Przytuliła się do jego pleców i szepnęła mu na ucho:
-Możemy spróbować.
-Serio? Chcesz tego?
-No... Tak między nami. To też mi się spodobałeś. - na to zadanie chłopak uśmiechnął się szeroko. - Ale ci... Nikomu nie mów. - szepnęła, a Ross odrzucił głowę do tyłu, znosząc się śmiechem.
-Nawet nie wiesz jak się ciesze. Zobaczysz przy mnie niczego ci nie będzie brakować. Będę dobrym mężem. I ojcem!- krzyknął radośnie.
-Haha.... Zaraz! Ja nic nie wiem o żadnych dzieciach.
-No co? Ja chce mieć potomstwo.
-O nie nie. Najpierw ją chce mieć prawdziwe wesele.
-Co tylko będziesz chciała. To co? Buzi i dobranoc?- teraz dziewczyna zniosła się śmiechem. Odwróciła się od niego i zasnęła.
-No ale buzi jeszcze!

*Miesiąc później*

Dziś się odbyć ślub naszej pary. Przez ten miesiąc Laura zakochała się w blondynie po uszy. Brunetka zaprzyjaźniła się z jego siostrą. Rydel. Właśnie się stroiły na ślub.
Natomiast Ross i jego bracia również, ale w innym pokoju.
-I ona się zgodziła za ciebie wyjść? - spytał Riker.
-No skoro mnie kocha...
-Kocha? Czyli jej nie powiedziałeś.-stwierdził Rocky.
-Chłopaki. To teraz nie istotne. Ja się z nią żenie, bo ją kocham. Ona za mnie wychodzi, bo mnie kocha. I koniec gadki.
-Jeśli ją kochasz to powiesz jej prawdę? - spytał Ell.
-To nie będzie potrzebne...

_________________________________

CZ. I. Tak podzieliłam to na części, bo nie wyrabiam. Tia.... Co za tajemnice skrywa Ross?
Jakieś propozycje?
Aha i ten OS. To być może skrócony blog, który być może założę.
soreczka za błędy. Ale ślepka mnie bolą. Xd. Dobra... Spadywuje.

I niech pandzia moc bd z wami! ;*

niedziela, 29 marca 2015

One Shot ~ Jools

Pewnego wiosennego dnia, pewna rodzina - Lynch - jechała na wycieczkę.
15-letni Ross, przeżywał wtedy "okres buntowniczy"
-Hej, młody co robisz? - spytał 18-letni Riker.
-Nic. - odparł nawet na niego nie patrząc.
-Aha, czyli lampisz się na konsole bez powodu?
-Nom.
-Stary, co się z Tobą dzieje? Dziewczyna cie rzuciła? - pytanie zadał tym razem 16-letni Rocky.
-Ja nie mam dziewczyny, okey?! - warknął młody blondyn.
-Chłopcy zostawcie go w spokoju. - powiedziała spokojnie ich mama Stormie.
Ross mruknął pod nosem :"No nareszcie", poczym znów zatracił się w grze.
Parę godzin później, wszyscy spali. Oprócz ich taty Marka, który prowadził samochód i Ross'a, który dalej grał w grę. Niestety Mark po wielu godzinach za kierownicą także odczuwał zmęczenie. Odczuwał je na tyle, że nie zauważył dziewczyny, na środku ulicy. Ross oderwał na chwile wzrok od gry i spojrzał przed siebie.
-Tato uwazaj! - krzyknął budząc przy tym wszystkich. Sam Mark się ocknął i próbował ominąć dziewczynę, którą strach sparaliżował. Dziewczyna też jakby dopiero teraz się obudziła i skoczyła z drogi. Mark szybko zahamował.
-Czy wszyscy są cali? - spytał łapiąc oddech. Cała rodzina przytaknęła. - To dobrze. Pójdę sprawdzić co z tą dziewczyną. - Jak powiedział tak zrobił. Lynch'owie wyszli z auta. Rocky i Riker poszli załatwić się do lasu. Rydel grzebała trampkiem w ziemi. Ross zaś... grał w grę. Zupełnie jakby to co się działo przed chwilą nie miało miejsca.
W tym czasie Mark przyniósł na ręką małą istotke.
-Mój Boże. - szepnęła Stormie i zakryła usta dłonią. W tym czasie Rocky i Riker przyszli.
-Ale ona słodka. - powiedziała Rydel.
-Taka... delikatna.
Całą sprawą zainteresował się nawet Ross. Podszedł do taty i opierając dłoń na jego ramieniu, pociągnął się na palcach, przyglądając się dziewczynie.
-Ona... Nie żyje? - spytał patrząc na jej lekko zarumienioną twarzyczke.
-Rossy nie bądź nie mądry.- powiedziała czule Stormie i przeczesała mu włosy, które natychmiastowo roztrzepał.
-Musiała uderzyć głową o drzewo i straciła przytomność. - rzekł Mark.
-Weźmiemy ją? Proszę, Proszę.
-Riker. To nie jest pies. - zganiła go siostra.
-No, ale wiesz o co chodzi.
-Nie możemy jej tak zostawić.
-Ross usiądziesz z nią z tyłu? - spytała jego mama.
-Ale dlaczego ja?! - oburzył się, chociaż gdzieś w środku miał tzw. motylki w brzuchu. Po chwili Lynch'owie i tajemnicza dziewczyna, ruszyli dalej. Ross w końcu uległ. Usiadł obok nie przytomnej dziewczyny. Ponieważ jechali przez drogę, w której było mnóstwo dziur, w końcu dziewczyna opadła na kolana Ross'a. Chłopak zdezorientowany oderwał wzrok od gry i spojrzał na kruchą istotke. Była piękna. Brunetka z jasnymi, lokowanymi końcówkami. Ross przez ułamek sekundy był ciekaw koloru jej oczu. Bardzo chciał je zobaczyć. Po chwili położył jedną dłoń na jej brzuchu i przesunął bliżej siebie. Uśmiechnął się pod nosem. Rydel w tym czasie odwróciła się do młodszego brata. To co zobaczyła wywołało u niej szeroki uśmiech. Ross czując na sobie wyrok siostry spojrzał na nią.
-Żeby nie spadła. - zapewnił ją. Blondynka tylko pokiwała z uśmiechem głową i się odwróciła z powrotem.

Lynch'owie dojechali do celu swojej podróży, czyli ich domku letniskowego. Mark otworzył tylnie drzwi samochodu i chciał wyciągnąć brunetke, jednak uprzedził go Riker.
-Ja chcę, ja! Ona jest taka słodziutka. To będzie moja druga młodsza siostra.- powiedział poczym podniósł ją i skierował się w stronę domku.
-Kochanie. Nie wiemy, czy ktoś jej nie szuka.
-No,ale... zanim się ktoś zgłosi. Ona potrzebuje na ten czas rodziny. Nie? - spytał z nadzieją.- gdzie będzie spać?
-Może u mnie? - spytał cicho Ross.
-Skoro chcesz. - uśmiechnęła się ciepło Stormie. Jednak zaraz jej uśmiech zniknął. - Ale nie myśl, że też tam będziesz spać. Ty pójdziesz spać do Ryland'a. - powiedziała stanowczo. Ross podniósł ręce w geście obrony.

Brunetka obudziła się z lekkim bólem głowy. Nie wiedziała gdzie się znajduje. Jej pierwszą myślą było,  że została uprowadzona. Jednak jej myśl szybko została rozwiana, bo do pokoju, w którym spała weszła blondynka.
-O! Obudziłaś się! Jak fajnie. Poczekaj! Pójdę po resztę. - dziewczyna nie zdążyła nic powiedzieć, bo młoda blondynka szybko wyszła. Zaraz jednak wróciła, z całą grupą.
-Dzień dobry, kochanie. Wyspałaś się? - powiedziała kobieta. Dziewczyna tylko pokiwała głową.
-A co ty robiłaś w lesie? - tym razem zadał pytanie Riker. Dziewczyna tylko wzruszyła ramionami.
-A jak masz na imię? - spytał Ross. W końcu mógł zobaczyć jej oczy. Miała ładne oczy. Błyszczące, głębokie, o kolorze czekolady.
-Laura. - powiedziała i spojrzała na niego. Chłopak w duszy uśmiechnął się, ponieważ tylko na jego pytanie odpowiedziała. Niby nic. A jednak blondyn poczuł się szczęśliwy. Godzinę później wszyscy się przedstawili. Laura za to się bardziej otworzyła dla nich.
-Nie pamiętam, co robiłam w tamtym lesie. Jedyne co wiem to moje imię. To wszystko. - skończyła mówić.
-Laurka, może chcesz wyjść na świeże powietrze? Tak długo spałaś. - powiedział Mark.
-Ja ją zabiorę. - powiedział żywo Ross i pociągnął ją na zewnątrz.
-Myślę, że Laura spadła nam z nieba. - uśmiechnęła się Rydel.
-Czemu?
-To proste. Ona zmieni Ross'a. Zobaczycie.

W tym samym czasie Laura i Ross spacerowali po pobliskiej łące.
Dziewczyna zbierała mlecze i robiła z nich wianek, natomiast Ross szedł z rękami w kieszeni i przyglądał się brunetce.
-Pokazać ci coś? - spytał po chwili Ross.
-Co takiego?
-Zobaczysz.
Chwilę później znaleźli się pod ogromną wierzbą płaczącą. To jednej z gałęzi przymocowana była huśtawka. Oboje się na niej zmieścili. Laura skończyła swój wianek i nałożyła Ross'owi na głowę. Zaśmiała się.
-Bardzo ładnie wyglądasz. - uśmiechnęła się szeroko, co Ross odwzajemnił.
-Nie znam cie długo, a już Cię bardzo lubię. - powiedział blondyn i wyciągnął jednego kwiatka z wianka na głowie i podał dziewczynie. Brunetka na ten gest lekko się zarumieniła.
-Mam to samo. Wracamy?

Od tamtych wydarzeń minęło 6 miesięcy. Ross i Laura zostali najlepszymi przyjaciółmi. Dzięki niej, blondyn znowu był pełnym życia, ciągle się uśmiechającym chłopakiem. Przez ten czas dziewczyna mieszkała z Lynch'ami. Ponad to Mark i Stormie rozmieszczali w tamtych okolicach zdjęcie Laury i ich numer oraz adres, w nadziei, że rodzina dziewczyny odnajdzie swoją zgubę. Kochali Laura jak córkę. Chcieli by z nimi została, ale wiedzieli, że ktoś może za nią tęsknić. To właśnie 15 kwietnia nastąpił ten oczekiwany, a zarazem okropny dla wszystkich moment.
Ross i Laura jak zwykle wygłupiali się na dywanie. Chłopak rzucił się na dziewczynę, czym skutkiem był ich upadek. Blondyn zaczął łaskotać dziewczynę. Po chwili opadł zmęczony obok niej. Dziewczyna przytuliła się do jego boku, kładąc mu głowę na klatkę.
-Kocham cie Laura. - powiedział obejmując ją ramieniem.
-Jak siostrę? Czy jak dziewczynę? - spytała z nadzieją w głosie. Chłopak nic nie odpowiedział. Nawet nie zdążył, bo do jego pokoju wpadł Ryry. Był cały blady.
-Laura, ktoś do ciebie. -szepnął. Dziewczyna wstała,  natomiast Ryland podszedł do brata.
-Powiedziałeś jej?
-No tak jakby.
-A ona coś powiedziała?
-No tak jakby.
-A... - zaczął jednak przerwał mu głos Riker'a.
-Ross! Chodź tu szybko!

Ross szybko zbiegł po schodach. Jednak natychmiast się zatrzymał, kiedy zobaczył dwójkę ludzi i Laure.
-Co się dzieje? - spytał obawiając się najgorszego.
-Ross... To są rodzice Laury.
-Nie... Nie! - krzyknął ze łzami w oczach. Podszedł szybko to państwa Marano. - Nie możecie mi jej zabrać. - powiedział, a raczej jeknął. Odwrócił się od nich. Zobaczył, że nie ma z nimi Laury. Pędem pobiegł do jej pokoju. Zastał tam panującą się brunetke. Płakała. Chłopak bez słowa podszedł do niej i od tyłu ją przytulił. Dziewczyna momentalnie rozpłakała się jeszcze bardziej.
-Cii... Nie płacz. - szepnął i zacisnął ręce.

Pani Ellen, jeszcze raz dziękowała Lynch'om za ratunek i pomoc dla jej córki. Laura zeszła się ze wszystkimi pożegnać. Wszystkich przytuliła i dała po dwa buziaki dla każdego. Jeden buziak na jeden policzek. Na końcu został jej Ross.
Uściskała go,  poczym lekko się od niego odsunęła. Pocałowała go w jeden policzek, w drugi, a na koniec przelotnie  w usta. Odsunęła się od niego już na większą odległość po czym szybko uciekła do samochodu.

Siedząc z tyłu, patrzyła na krajobraz za otwartym oknem. Nagle zobaczyła Ross'a na rowerze. Jechał równo z jej samochodem.
-Co ty robisz?!
-Musisz nas jeszcze kiedyś odwiedzić! -  krzyknął.
-No dobra, ale co ty odwalasz?! Oszalałeś?!
-Tak! Oszalałem z... - ni usłyszała już, bo Ross się zatrzymał, a samochód Marano wjechał w tunel.

Od wyjazdu Laury minęły 3 lata. 18-letni już Ross nie mógł zapomnieć o Laurze. Jego pierwszy pocałunek był z nią. Pierwszy i ostatni. Tak zgadza się. Ross nie całował się z nikim innym. Tylko raz z Laurą. Obiecał sobie, że nie będzie miał dziewczyny. Chciał Laury. A nawet nie wiedział czy nadal mieszka w tym mieście.
W tym roku rodzina Lynch znowu przyjechali do swojego domku. Ross siedział u siebie. Po chwili usłyszał pukanie.
-Proszę.
-I jak się trzymasz braciszku? - spytała Rydel. Chłopak westchnął i odwrócił głowę.
-Tęsknię za nią. - szepnął łamiącym się głosem, a z jego oczu poleciały łzy.
-Oh, Ross... Ja... - przerwał jej dźwięk klaksonu. Podeszła do okna. Zobaczyła czarny samochód. Lekko się zdziwiła, bo przecież żadnych krewnych nie zapraszali. Jednakże bardziej się zdziwiła się, gdy zobaczyła kto z niego wysiada.- O mój Boże! Ross! Chodź zobacz!
Blondyn nie chętnie wstał i podszedł do okna. Nie mógł uwierzyć własnym oczom.
Niczym torpeda wyleciał z pokoju, a następnie przed domek. Stanął z nią twarzą twarz. Ross był nią oczarowany. Zmieniła się przez te 3 lata. Urosła. Wyładniała. Jest już kobietą. Chłopak otrząsnął się z pierwszego szoku. Podbiegł do niej i obrócił wokół własnej osi.
-Tak strasznie za Tobą tęskniłem. - powiedział i ją postawił.
-Ja jeszcze bardziej. - uśmiechnęła się.
-Nie dawałaś znaku życia przez 3 lata i byłbym na ciebie zły... - powiedział poważnie, a Laura przybrała skurszoną minę - Ale, że z ciebie taka laska się zrobiła, że prostu nie potrafię. - dokończył i ponownie ją przytulił.
-Ty też się zmieniłeś. Włosy ci urosły. Wiesz jak teraz ładnie ci będzie w wianku? - spytała ze śmiechem.
-Pamiętasz może jak Ci mówiłem, że Cię Kocham? A ty się spytałaś, czy jak siostrę. Albo jak jechałem na rowerze obok twojego samochodu. Mówiłaś, że oszalałem. Pamiętasz? - pogłaskał ją po policzku.
-No...
-Kocham cie jak dziewczynę. Oszalałem na twoim punkcie. - szepnął.
-Ja ciebie też kocham - powiedziała i chciała go pocałować, jednak blondyn lekko się odsunął. - Co się stało?
-Jest jeden problem.- powiedział poważnie.
-Jaki? - spytała przerażona.
-Żenie się.
-Co? Z kim? - spytała łamiącym głosem.
-Ona jest piękna i cudowna.
-Tak? To fajnie. - powiedziała smutna, a w oczach zbierały się łzy.
-I mam to ciebie pytanie.
-Jakie?
-Wyjdziesz za mnie?- spytał z głupim uśmiechem.
-Co?! Idota! Nie nawidze cie! - krzyknęła i pocałowała go bardzo namiętnie.

_________________________________

Paluszki mnie bolą, ale czego się nie robi dla was, nie?
Dobra bez zbędnych...
Komentujcie..

I niech pandzia moc bd z wami! ;*

czwartek, 26 marca 2015

One Shot ~ Jools

Opowiem Wam teraz historie,  pewnej dziewczyny...
To był jeden z najbardziej zimnych dni w tym roku. Dużymi krokami zbliżały się Święta Bożego Narodzenia. Pewna brunetka- Laura Marano- wracała późnym wieczorem do domu po świątecznych zakupach. Cała obładowana pakunkami i zmarznieta szła ulicami Nowego Yorku. Nagle potrącił ją jakiś facet, co poskutkowało tym, że wszystkie torby jej  upadły.
-Mówi się, przepraszam!- krzyknęła do biegnącego mężczyzny, który i tak  był za daleko by cokolwiek usłyszeć.
-No świetnie!  I jak ja teraz wrócę do domu?- zapytała samą siebie.
-Możemy ciebie zabrać.- usłyszała za sobą głos.  Odwróciła się i ujrzała piątkę ludzi. Blondynkę,  dwóch brunetów i dwóch blondynów z czego jeden z nich wydawał się być w jej wieku. Wyglądali na miłych ludzi. Laura miała takie uczucie,  że może im zaufać.
-Byłoby super- chłopcy pomogli jej wsadzić torby do bagażnika i mogli jechać. Podczas drogi zdążyli się zapoznać.  A nawet zaprzyjaźnić.
                                         ***
Gdy dotarli na miejsce brunetka jeszcze raz podziękowała za pomoc i weszła do mieszkania.
Następnego dnia,  Laure obudził dzwonek.  Okazało się,  że to kurier z dwoma bukietami czerwonych róż i dwoma pudełeczkami bombonierek.  W obu podatkach był liścik . W pierszym:

"Najsłodsza Lau, 
Pisze do ciebie ten list, gdyż od wczoraj nie mogę przestać o tobie myśleć. Słaby jestem w takich rzeczach,  wiec się powtórzę. Cały czas o tobie myślę. ~E. Ratliff"

Tego się zupełnie nie spodziewała.  Lubiła Ellightona, ale jak przyjaciela. Rozwinęła drugą karteczke:

"Najdroższa Laurko, 
Przy tobie czuje się niesamowicie i tak poprostu super.  Niestety nie jestem dobry w te klocki, chociaż to dziwne,  bo pisze piosenki... Ale nie ważne. Mam nadzieje, że przy mnie czujesz coś równie nie zwykłego,  gdy jestem w pobliżu. ~Twój Riker Lynch.

Brunetka nie wiedziała co ma robić. Nie chciała się umawiać z jednym i z drugim. Postanowiła,  że im powie, delikatnie i spokojnie.

Parę dni później,  po domu Laury rozległ się dzwonek do drzwi. Okazało się, że to Riker  z bukietem białych i czerwonych róż.
-Cześć piękna to dla ciebie- wręczył dziewczynie kwiaty i pocałował w policzek.
-Oh... Riker, te same kwiaty od tygodnia... Nie trzeba było- chłopak puścił jej oczko i rozsiadł się na kanapie. Lau,  gdy napełnia dzbanek wodą, ponownie zadzwonił dzwonek. Tym razem przyszedł Ell. Z tym samym bukietem co Riker. Poszedł do salonu i...
-A ty co tu robisz?!- chłopcy zaczęli krzyczeć.
-Co Ja tu robię?!  Co TY tu robisz?!
-Pierwszy spytałem!
-Przyszedłem do Lau- i tak do znudzenia, aż znowu zadzwonił dzwonek.
-Kto tym razem?!- dziewczyna uniosła ręce w celu spytania stwórcy. Tym razem Ross.
- Hej Lau chciałem Ci coś powiedzieć... Czy to Riker i Ell tam tak krzyczą?
-A tak. Kłócą się chyba o mnie. Blondyn odrazu posmutniał.
-Oh,  to może ja juz pójdę.- juz wychodził kiedy z jego tylnej kieszeni wypadła karteczka.
-Poczekaj co to?- spytała i otworzyła karteczkę. Zaczęła czytać na głos.
-Dla mojej ukochanej Lau. 
"Crazy 4 U"

I played it safe
I kept my foot up on the brake
I never really took a chance in life
And didn't live for today.

Oh girl, and then I met you
Opened my eyes to something new.
You know you set me free like no one else
And got me actin' a fool.

Don't you know changed my life,
Girl cause now I'm livin'
And it feels so right, yeah

[Chorus:]
You got my heart beat pumpin'
And its going insane
You got me jumping outta aeroplanes, whoa
And that's why...
I'm crazy its true
Crazy 4 U
You got me base jump livin'
And I can't look down
You know you short circuit my brain
I can't lie...
I'm crazy its true
Crazy 4 U

Midnight dipping in the pool,
Or sneaking out up on the roof
You're unpredictable and girl that's what
That's what I love about you

Don't you know you changed my life,
Girl, cause now I'm livin'
And it feels so right, yeah

[Chorus]

No I didn't lose my mind when I fell for you (without a parachute)
And I'm gonna love you girl like you never knew (whoa)

Don't you know you changed my life
Girl cause now I'm living
And it feels so right, yeah...

-Piękna... - tylko tyle mogła powiedzieć.
-Bo jest o Tobie... Lau ja wiem, że to głupie,  ale ja ciebie tak bardzo kochmm- nie dokończył, bo Laura go pocałowała. Całowali się coraz to namiętniej,  ale...
-Ej,  a co z nami?!- zapytali równocześnie. W tej chwili weszła starsza siostra Lau- Vanessa.
-Rik. Van. Van. Rik- przedstawiła ich sobie a ci tylko spojrzeli na siebie i wyszli gdzieś razem. Po chwili dostała sms'a od siostry,  że wróci późno.
- Wszystko słodko, a co ze mną?!- rozpoczął Ell.
-Hmm. Co powiesz na Rydel?- brunet rozszerzył oczy i wybiegł z domu. W końcu Laura mogła pobyć sama z Ross'em.
-Więc...?- zapytała. Chłopak się uśmiechnął uroczo i obrócił ją dookoła własnej osi. Potem żyli długo i szczęśliwie...

Zapytacie skąd znam te historię?  Heh rodzice mi ją opowiadali.  A nazywam się Lena Lynch...

piątek, 13 marca 2015

"Hands of a clock only turn one way" by Ruby

Zmieniłeś się- najczęściej wypowiadamy gdy za czymś tęsknimy, czegoś nam brakuje. Znacznie rzadziej mówimy tak gdy ktoś zmienił się na lepsze. I może właśnie o to chodzi? Może czas potrafi zmienić tylko na gorsze a lepsi stają się tylko ci, którzy pokonali walkę z czasem? Ciężko jest naprawić to co zepsuł czas. Nie możemy go zobaczyć, dlatego nigdy przed nim nie uciekniemy. To jak ucieczka przed samym sobą i własnymi myślami...

Średniej postury blondynka przemierzała rodzinne miasto rozglądając się do koła. Kiedyś biegała tymi ulicami bez namysłu a teraz to miejsce wydawało jej się zupełnie obce. Niemal wszystkie budynki przybrały surowego, nowoczesnego wyglądu. Dawne, kudłate psy radośnie biegające między drzewami w parku zastąpiły perfekcyjnie obcięte pudle, majestatycznie kroczące po równiutko wykoszonej trawie. Blondynka zatrzymała się przed budynkiem w którym znajdował się Starbucks. Poprawiła włosy starannie spięte w kucyk, wygładziła ręką marynarkę w odcieniu pudrowego różu i weszła do środka.
-Vanilla Latte, poproszę- zwróciła się do ciemnowłosej dziewczyny stojącej za ladą.
Po zapłaceniu wzięła kawę w rękę i szybko obróciła się w stronę stolików. W tej samej chwili do lokalu wbiegła czwórka roześmianych chłopaków. Zwrócili sobą uwagę dziewczyny a po chwili jeden z nich popchnął drugiego na zaskoczoną blondynkę. Na szczęście kawa spadła na podłogę i ochlapała tylko buty dziewczyny. Za nim zdążyła cokolwiek zrobić przyjrzała się bliżej chłopakom, którzy dalej z przejęciem przyglądali się losom jej kawy i rzuciła: Wy się nigdy nie zmienicie.
Dopiero teraz trójka z nich ogarnęła się na tyle, żeby mocno uściskać swoją siostrę- byłą właścicielkę kawy.
-Rydel! Ty wróciłaś!- krzyknął jeden z nich z bananem na twarzy.
-No jak widać!- zaśmiała się rozkładając ręce.- A jemu co się stało?- zapytała wskazując na ślepo wpatrującego się w nią przyjaciela.
Wszyscy siedli przy stoliku zasypując siostrę pytaniami a Ellington, jej przyjaciel z dzieciństwa niegdyś taki wygadany teraz siedział cicho z miną dziecka, któremu przed chwilą odebrano ulubioną zabawkę.
-Czym ty je potraktowałaś?- zapytał w końcu wpatrując się w oczy dziewczyny.
-Ale o czym ty mówisz?- zapytała zdezorientowana tak bliską odległością chłopaka od jego twarzy.
-No o rzęsach, co ty z nimi zrobiłaś?
-Ell, to się nazywa tusz do rzęs.- wytłumaczyła z pewnego rodzaju rozbawieniem i wyższością w głosie.
-Kiedyś takich nie miałaś. Wolałaś biegać w koszulkach Rikera i w kucyku bez tych wszystkich metalowych pręcików, pamiętasz?
-Dorosłam, tobie też to zalecam.- powiedziała zgadując iż metalowe pręciki mają oznaczać wsuwki do włosów.

I tak wyszło, że zajęci rozmową wracali do domu tuż po zamknięciu kawiarni.
-Co Cię ugryzło, wróciła po kilku latach a ty zamiast się cieszyć zachowujesz się jakbyś chciał, żeby jak najszybciej znowu stąd wyjechała- powiedział Ross kiedy Rydel gadała z pozostałymi chłopakami w bezpiecznej odległości.
-Ona już nie jest taka jak kiedyś- odpowiedział Ellington.
-Przecież jest wesoła jak dawniej, kocha kawę i ciasteczka, komedie, śpiew, piłkę... w czym się niby zmieniła?
-Nie wiem, zmieniła się.- uparcie przekonywał zakładając ręce.
     
 Następne dni jak za dawnych czasów spędzali w piątkę. Ellington i Rydel próbowali ze sobą rozmawiać, ale zawsze kończyło się to kłótnią. Nie potrafili znaleźć wspólnego języka... a tak na prawdę, to chyba zgubili go gdzieś po drodze. Jako dzieci potrafili przegadać ze sobą cały dzień i jeszcze wysyłać sobie sms-y w środku nocy. Teraz wyglądali jakby dzieliło ich kilka lat a przecież tak na prawdę byli w tym samym wieku. Z tym, że teraz tylko on potrafiłby do niej zadzwonić i spytać o godzinę. Oboje pamiętali każdą wspólnie spędzoną chwilę i w tajemnicy przed sobą pragnęli, żeby wróciły ich dawne relacje.

  W końcu Ellington wpadł na kolejny genialny pomysł. Poszedł do dziewczyny z pretekstem "wizyty u kolegów" i po drodze zastał ją w ogródku.
Nawet nie powie "cześć"- pomyśleli oboje. W końcu przerwał ciszę i...
-Hej Delly, dzisiaj dzień mokrego podkoszulka.- powiedział Ell i rzucił w dziewczynę balonem wypełnionym wodą.
-Moja nowa bluzka!- zapiszczała. -Idioto! Wiesz ile ona kosztowała!- krzyczała próbując wytrzeć ją chusteczką. Za to zrezygnowany Ellington wyszedł z pokoju kręcąc głową zawiedziony tą sytuacją.

Dawna Delly nie płakałaby z powodu mokrej bluzki. Dawna Delly zdjęłaby ją na środku podwórka i jak chłopak biegałaby w samych szortach. Cóż, trudno dziwić się komuś kto wychował się z czterema braćmi.
Ciekawe jakby taka sytuacja wyglądała teraz przyjmując, że Rydel nie zaczęłaby piszczeć i płakać. Chłopak zaśmiał się na samą myśl o tym. Może jednak nie wszystko zmieniło się na gorsze?- pomyślał.
Poszedł do sklepu gdzie kupił kolorowe pianki, takie jakie zawsze jedli w dzieciństwie i wrócił do domu Lynchów gdzie na kanapie zastał Rydel oglądającą jakiś film.
-Mogę się przyłączyć?- zapytał z uśmiechem.
-A dostanę piankę?
-Ile tylko zechcesz- odpowiedział.
-No to możesz- odpowiedziała.
Chłopak otworzył paczkę pianek i teraz po kolei podrzucał je w górę i łapał.
-Nie umiesz jeść normalnie?- zapytała poirytowana gdy nie wszystkie pianki trafiały do ust chłopaka, niektóre z nich lądowały na niej.
-Umiem, ale tak jest zabawniej -wytłumaczył i począł rzucać w dziewczynę piankami. Te tylko odbijały się od jej nosa i lądowały na kanapie.
-Widać nie wszyscy tak potrafią -stwierdził. Rydel za to z chytrym uśmieszkiem wskazała na telewizor, na którym przystojny mężczyzna karmił swoją idealną dziewczynę truskawkami. Ellington załapując aluzję włożył piankę do ust dziewczyny z niepewną miną mówiącą "dobrze to robię?". Rydel za to ze szczerym uśmiechem pokiwała twierdząco głową. Niestety wszystko, a już paczka pianek w wyjątkowo szybko się kończy. Oboje przypomnieli sobie o filmie, który mieli oglądać więc teraz oboje zaczęli śledzić losy bohaterki zakochanej w dwóch chłopakach na raz, która jak na złość nie potrafiła wybrać żadnego z nich. Jednak pod koniec filmu Anastasia zdecydowała się na Patrica i jak na każdy, porządny film przystało para zaczęła się namiętnie całować. Ku zawstydzeniu blondynki  wcale nie zamierzali przestać a Ellington pokazał palcem na telewizor tak jak wcześnie zrobiła to Delly i dał jej kuksańca w bok. Jednak ona niewzruszona dalej oglądała coraz to pikantniejsze pocałunki pary i coraz to częściej Ellington szturchał ją zaczepnie z uśmiechem na twarzy. W końcu przewracając oczami, ale z uśmiechem odwróciła się do chłopaka i wbiła się w jego usta.

                                               
Hej, imbryczki! :D Co do tytułu to jest on cytatem z piosenki "Little Me" ;)
Co do OS wiem... beznadzieja, nie miejcie do mnie żalu... z brakiem weny tak czasem bywa. Dzięki, że przeczytaliście i zapraszam do zakładki "Propozycje". Serio, włazić tam, może coś mnie zainspiruje :D

czwartek, 19 lutego 2015

One Shot "To tylko seks" ~Jools

Pewna brunetka, zwana - Laura Marano, pokłóciła się ze swoim chłopakiem Bradley'em. Podobnie jak pewien blondyn, niejaki Ross Lynch ze swoją dziewczyną Ashley. Obydwoje mają status single.

Jednego dnia Laura miała odebrać z lotniska Ross'a i dostarczyć go do Hollywood Records. To był jej zawód. Miała jego zdjęcie, więc bez problemu go odnalazła. 40 minut później siedzieli juz w biurze. Przez ten czas zdążyli się zaprzyjaźnić.

Tego samego dnia pod wieczór siedzieli razem na kanapie oglądając film. Ross ubrany był w luźne szorty i podkoszulek. Lau natomiast krótka sukienkę. 
-... No i zerwał ze mną, bo to niby ja go ciągle zaciągam do łóżka. Co jest nieprawdą! No może, ale czasami. No bo to w końcu seks, czasem go potrzeba. - Laura kończyła swoją historię zerwania z Bradley'em i kończyła 2 butelka piwa. Tak samo Ross. 
-Wiem o czym mówisz. Ashley to samo. No a seks jest jak gra w tenisa. - powiedział i skończyło im się piwo. 
-Chcesz jeszcze piwa? - zapytała Laura. Chłopak w odpowiedzi kiwnął głową. Brunetka wstała i pochyliła się po kapsel od butelki. Blondyn przejechał po ciele dziewczyny męskim okiem. Nie przestawał się gasić, nawet jak szła do kuchni. Jej ciało było takie ponętne ~zdaniem Ross'a. 
-Lau... Zagrajmy w tenisa! 
-Co? 
-Chce się z Tobą kochać. - powiedział patrząc na nią z pożądaniem. 
-Kocha się z miłości, uprawia seks dla przyjemności. - zacytowała dziewczyna. 
-No to uprawiajmy seks. 
-Nie jesteśmy aby za starzy na seks bez zobowiązań? 
-Nie no co ty? - machnął ręką. 
-Przysięgnij na mały palec! - rozkazała brunetka. 
-Ale co? 
-Zero emocji i zobowiązań. Tylko seks. - powiedziała i wyciągnęła mały palec w stronę blondyna. 
-Przyrzekam.- po świętej obietnicy chłopak pocałował ja namiętnie i z pożądaniem. W jednej chwili Lau podskoczyła i objęła go w pasie nogami, zaś chłopak złapał ja pod udami. Kierowali się do sypialni, po drodze gubiąc ubrania. Całkiem nadzy wylądowali na łóżku. Ona pod nim. Cały czas się namiętnie całując. Chłopak nagle się gwałtownie oderwał od "przyjaciółki". 
-O cholera! Zapomniałem gumek! - Biorę tabletki.-powiedziała i wpiła się chłopakowi w usta. 
Nie przestając się całować, Ross delikatnie rozszerzył jej nogi. Po chwili wszedł w nią, powodując jęk dziewczyny. Poruszał się w niej powoli u delikatnie. Nie chciał, aby ją coś bolało. Laure powoli nudziła ta zabawa, więc bez ostrzeżenia znalazła się nad nim.  Cały czas go namiętnie całowała. Byli prawie u szczytu, kiedy Ross niespodziewanie kichnął dziewczynie prosto w twarz. 
-Co to było? - spytała zdezorientowana dziewczyna.
-Przepraszam. Jak dochodzę to kicham... - uśmiechnął się uroczo. 
-Czyli mam rozumieć, że Ci dobrze? I na zdrowie. 
-Jesteś cudowna. I dziękuję.

Po jakimś czasie, obydwoje mieli orgazm. Ross leżał na brunetce i całował po szyji, aż w końcu schodził coraz niżej. 
-Em.. Ross to chyba nie jest dobry... - chciała coś powiedzieć, lecz Ross jej przerwał. 
-Spoko... To tylko przyjacielska minetka... Znam się na tym. 
Po chwili Laura zaczęła krzyczeć. - Co jest?! Ugryzłem cie?! - spytał przerażony blondyn. 
-NIE! NIE PRZESTAWAJ!!

Teraz Laura miała zająć się Ross'em. 
-Dobra. Pozwól, że Cię pokieruje. Niektórzy zaczynają powoli. - chłopak dalej mówił, jednak brunetka była już pod kołdrą. - ALE TY OD RAZU MOŻESZ IŚĆ NA CAŁOŚĆ!!-dokończył kiedy Laura się nim bawiła. Po chwili Ross kichnął. Dziewczyna wyszła spod kołdry. 
-Znam się na tym. - powiedziała i cmoknęła go.

Od tamtego czasu minęło parę tygodni. Przez ten czas nasza para bohaterów spotykała się dla seksu. Obecnie Ross jest w pracy. Rozmawiał ze swoim kolegą z pracy Calum'em. Był rudym, wysokim mężczyzną, który.. No cóż... Był gejem. 
-Zakochałeś się w niej. -stwierdził Cal. 
-No mówię ci, że nie. Ona jest inna.. 
-Ale w jaki sposób inna... Inna, że jest facetem i ma w spodniach... 
-NIE! Ona jest moją przyjaciółką. 
-Przyjaciółka od seksu? Stary to nie przejdzie. Prędzej czy później się w niej zakochasz. Ja tak miałem. Dlatego zostałem gejem. A może ty... - chciał go objąć ramieniem jednak Ross szybko wstał. 
-Taa.. Wolę Laure... - powiedział, lecz szybko zorientował się co powiedział. - Znaczy! 
-Yhym. Wiedziałem. Dobra! Nie ważne. Ja spadam. Pa!

Laura w tym czasie rozmawiała ze swoją mamą. Ellen należała do typu - zajebista mamuśka. 
-Zakochałaś się w nim. 
-Mamo! Wcale nie. To mój przyjaciel. 
-Oo tak... Przyjaciel od seksu. Też przez to przechodziłam. Później wyjechałam do Hiszpanii, tam poznałam twojego tatę. 
-Ej! Mówiłaś, że tata był z Włoszech. 
-No... Nie pamiętam... 
-Jesteś fatalną matką wiesz? - zaśmiała się Laura. 
-Za ten tekst byś miała szlaban... Ale jestem fatalną matką.- teraz obie się śmiały, a po chwili się przytuliły. 
-O! Mam pomysł. Chodź, wyjedziemy sobie na biwak. Zrobimy ognisko. Z prawdziwym ogniem!-krzyknęła wesoło kobieta. 
-oj mamo... Dobra. Ale obiecaj, że nie będzie jak ostatnio. 
-Obiecuje.

Jednak Ellen nie dotrzymała słowa. Z tego wszystkiego napisała  SMS do Ross'a.

"Wystawiła mnie... Znowu.... "~Laura

Długo nie czekała na odpowiedź.

" Auć... To może pojedziesz ze mną do L.A? "~Ross

Laura postanowiła do niego zadzwonić. 
-Nie chce ci psuć wyjazdu. Po za tym znajdę sobie jakiegoś faceta i tyle... 
-Możesz się kochać tylko ze mną.... Znaczy... No proszę... - dziewczyna tylko ciężko westchnęła. Tak o to znaleźli się w samolocie. 
Nasi bohaterowie właśnie wchodzili do rodzinnego domu Ross'a. 
- Ross! Braciszku! - podeszła do nich uśmiechnięta blondynka. - A kto to? Twoja dziewczyna? - spytała. 
-Oh nie. To moja przyjaciółka. - powiedział blondyn. 
-A no tak... Dziewczyny by tu nie przyprowadził. - zaśmiała się blondynka. - Jestem Rydel. Starsza siostra Ross'a. - powiedziała z uśmiechem i podała jej dłoń. 
-A ja Laura. Miło mi. - uścisnęła jej dłoń z uśmiechem. Do salonu wszedł ojciec Ross'a i Rydel. 
-Kogo moje stare oczy widzą? Tosz to mój syn. - powiedział z uśmiechem mężczyzna. - Jestem Mark. Ojciec tego chłystka. - zaśmiał się Mark. 
-Jestem Laura. Ma Pan przepiękny dom. 
-Wujek Ross! - do salonu wbiegł chłopiec, na ok. 9 lat. Ubrany był w garnitur i cylinder. Zupełnie jak zawodowy iluzjonista. 
-Jake! Tu jesteś mistrzu - wziął chłopczyka na ręce i skierował się do Laury. - to syn Rydel i mój bratanek. A to Laura. - ostatnie zdanie skierował do małego bruneta. 
-Dzień dobry! Ognia? - spytał chłopiec Laure. 
-Em... Dziękuję nie pale. 
-No co ty? To tylko iluzja. - powiedział uśmiechnięty Ross. 
-Dziękuję, z przyjemnością zapale. - powiedziała Laura i nachyliła się do Jake'a, zaś dłoń uniosła przed ustami trzymając niewidzialnego papierosa. Chłopiec zrobił z ręki zapalniczke i nagle z nikąd pojawił się ogień. Ogień, który zajął nawet marynarkę chłopca. Doszło do tego, że Ross ją gasił.

Rydel i Laura bardzo szybko się zaprzyjaźniły. Na chwilę obecną oglądały zdjęcia rodzinne Lynch'ów śmiejąc się głównie z Ross'a. 
-Hahah! O matko! Czy to fryzura na Bruna Marsa?! Hahaha! - śmiała się Laura. 
-Hehe tak. Wtedy miał z 17 lat? Miał na jego punkcie fioła. Raz była taka sytuacja 
, że ciągnął pianino przez pół miasta. Haha. 
-Nie wierzę... - zaczęła brunetka, lecz do pokoju wszedł blondyn. 
-W co nie wierzysz? - spytał blondyn. Dziewczyny tylko spojrzały na siebie i wybuchły śmiechem. -  Okey...?

Laura siedziała właśnie w pokoju gościnnym. Nagle do pomieszczenia wszedł Ross w samym szlafroku. 
-Co chciałeś? - spytała miło brunetka. 
-Ciebie. - powiedział blondyn.- No znaczy no kochajmy się. - powiedział bez krępacji. 
-Ross. .. To chyba nie jest dobry pomysł. Ja... Ja chcę znowu chodzić na randki. - powiedziała nie pewnie. 
-Ze mną? - spytał ze zdziwieniem, a jednocześnie z nadzieją. 
-Em... No znaczy chce znaleźć miłość. Chce się zakochać. Rozumiesz? 
-Oh... Znaczy... No pewnie tak jasne, że rozumiem, ekhem. Czyli, że nici z seksu - zapytał smutno chłopak. 
-Taa... Ale możemy pośpiewać, hm? Znasz to? Today I don't feel like doping  anything... - zaśpiewała kawałek, po czym zaczęła się śmiać. 
-O boże! Ja juz nawet  nie pamięt...I just wanna lay in my bed... - zaśpiewał kawałek. Podszedł do tymczasowego łóżka Laury i położył się obok. Dziewczyna przesunęła się bliżej blondyna i oparła głowę o jego ramię. - Meet a really nice girl have some really nice sex. - zaśpiewał ponownie i spojrzał na dziewczynę. Ich spojrzenia się skrzyżowały. Ich twarze zaczęły się do siebie zbliżać. Wkońcu pocałowali. Tym razem całowali się inaczej. Bardziej wkładali w te pocałunki uczucia, niż pożądanie. Z każdą chwilą pogłębiali pocałunki, aż doszło do tego, że polubili ubrania. Ross w nią wszedł, co zkwitowała jękiem. Tym razem to nie był typowy seks. Oni się wręcz kochali. Wykończeni zasnęli. Gdy było już grubo po północy Ross się przebudził i wyszedł do swojego pokoju.

Rano Ross rozmawiał z Rydel właśnie o Laurze. 
-Ale Ross! Ja widziałam jak wychodziłeś od niej z pokoju. Uciekłeś jakbyście właśnie skończyli... No wiesz... Lubisz ją i to w ten sposób. - uśmiechnęła się Rydel. 
-Nie? To moja przyjaciółka i tyle. Nie mógłbym być jej chłopakiem... Ona ma problemy z emocjami. A ja nie umiał bym ich rozwiązać.

Laura siedziała na kanapie we własnym mieszkaniu. Potem jak Ross powiedział, że ma problemy z emocjami zostawiła karteczkę z pożegnaniami i wróciła do domu. 
Blondyn próbował się do niej dodzwonić jednak, ta cały czas odrzucała. Wkońcu nie wytrzymał i pojechał do niej do domu. 
-Dlaczego nie odbierałaś? Martwiłem się o ciebie. - powiedział czule chłopak. 
-Nie słyszałeś, że mam problemy z emocjami, których nikt nie potrafi rozwiązać?! - spytała z goryczą w głosie. 
-Ale jak ty...? 
-Jake chciał mnie przeciąć na pół, więc byłam w tej skrzynce. - powiedziała zakładając ręce na pierś. 
-Ja... To powiedziałem, żeby sióstr się odczepiła. Przysięgam. - podszedł do brunetki jednak ta się odsunęła. 
-Teraz to już nie ważne.  Jaki tak spróbuję coś tym zrobić. - powiedziała i wskazała głową na drzwi. Wyszedł natomiast Laura starała się zasnąć, jednak przerwał jej dzwoniący telefon. 
-Halo? - powiedziała zaspanym głosem. - Mam Cię odebrać z lotniska?! Jest noc, cholera jasna! Dobrze, mamo juz jadę.

Była już na lotnisku, gdy nagle rozbrzmiała muzyka. Zobaczyła Ross'a z gitarą. Zaczął śpiewać.

I don't wanna be famous,
I don't wanna be if I can't be with you.
Everything I eat is tasteless,
Everything I see don't compare to you.
Paris, Monaco, and Vegas,
I'd rather stay with you.
If I had to choose!
Baby you're the greatest,
That I could ever think to lose.

And I just wanna be with you.
Yeah, I can never get enough!

Baby I'd give it all up up,
I'd give it all up, if I can't be with you
All of this stuff, sucks,
yeah all of it sucks, if I can't be with you.
And, no oscar, no grammy, no mansion in Miami.
The sun don't shine the sky ain't blue,
If I can't be with you.

I can sail around the whole world,
Still won't find a place,
As beautiful as you girl,
And really who's got time to waste?
I can't even see a future,
Without you in it, the colors start to fade,
Ain't no way I'm gonna lose ya,
Nobody in the world could ever take your place.
No, the kind you can't replace.

Yeah, I can never get enough!

Baby I'd give it all up up,
I'd give it all up, if I can't be with you
All of this stuff, sucks,
yeah all of it sucks, if I can't be with you.
And, no oscar, no grammy, no mansion in Miami.
The sun don't shine the sky ain't blue,
If I can't be with you.
If I can't be with you,
If I can't be with you.

(If I can't be with you) If I can't be with you, oh
(If I can't be with you) ooh, oh this sucks.

If I can't be with you!

All of this stuff, sucks,
yeah all of it sucks, if I can't be with you.
And, no oscar, no grammy, no mansion in Miami.
The sun don't shine the sky ain't blue,
If I can't be with you.
If I can't be with you,
If I can't be with you.
With you.

Gdy skończył stał twarzą w twarz z Lau. 
-Co ty robisz? - spytała dziewczyna. 
-Próbuje cie odzyskać.... Bo cię kocham. - powiedział i klęknął przed nią na jedno kolano. 
- Oh... Nie, nie, nie, nie, ni... 
-Cicho. Nie oświadczam co się. Jeszcze nie zwariowałem. -  zaśmiał się chłopak. - Czy znowu będziesz się do mnie odzywać? - spytał patrząc jej w oczy. 
-Wstań. - poprosiła Laura. - pod jednym warunkiem. 
-Jakim? - spytała z uśmiechem. 
-Pocałuj mnie. 
-Co? 
-Nie proszę o jakieś... Mmm... - przerwał jej pocałunkiem.

Raura szła ulicą. 
-Czyli co? Pięć randek  tak? - zapytał blondyn. 
-Na to wygląda. - powiedziała z uśmiechem. 
-Tiaa... Chrzanić to! - powiedział i wpił jej się w usta. 
_______________________________
OS jest mój na podstawie filmu. I dziękuję moje siostrze bliźniaczce DiDi. ;* nic nie słyszę xd

Do napisania ;*

niedziela, 15 lutego 2015

One Shot 'Wszystko jest trudne, zanim stanie się proste.' ~ Alexandra Christine

Wszystko jest trudne,
zanim stanie się proste.

Sarah Margaret Fuller

--------------------------------------

   Czasami zastanawiam się jak do tego doszło? Przez jedną głupie uczucie - pychę, posunąłem się do czynu godnego potępienia. Życie nie jest usłane różami. Inni mają pod górkę, a niektórzy z górki. Tylko to dzieję się na zmianę. Jednego dnia masz wszystko: piękną dziewczynę, szaloną i kochaną rodzinkę, wiernych przyjaciół,... a następnego dnia tracisz wszystko, jakby za dotknięciem magicznej różdżki. Wtedy zostajesz sam ze swoimi problemami, przemyśleniami, smutkami. Moje historia jest skończona. Postawiłem wszystko na jedną tacę, więc teraz muszę za to odpłacać. Teraz czeka mnie bardzo ciężka i męcząca droga pod górę, której nie widzę szczytu.
 Szpital nie kojarzy mi się z radosnym miejscem. Przebywają tu głównie osoby chore, cierpiące, czekające, żeby przejść do drugiego świata. Codziennie, ktoś samotnie w ciszy odchodzi z tego świata. Rodzina przeżywa żałobę po stracie ukochanej osoby, a po jakimś czasie przyzwyczaja się do jego nieobecności i żyję tak jak przedtem. Jest też mały promyczek nadziei. Każdego dnia możemy być światkami cudu narodzin. Możemy oglądać na czyjejś twarzy radość z tego, że został uleczony.
   Kiedyś kochałem jeździć na motorze. To wspaniałe uczucie wolności, podczas szybkiej jazdy. To ciepło, kiedy ma ukochana przytulała się do mnie z całej siły, żeby nie spaść. Jakieś dwa miesiące temu nie wyobrażałem sobie, że mogę to stracić w ciągu jednej chwili..... a jednak stało się. Mój ukochany pojazd nadawał się na złom, a miłość mego życia zerwała ze mną dwa dni temu. Rozstała się ze mną kiedy najbardziej jej potrzebowałem. Powiedziała mi prosto w twarz, że nie chce mieć do czynienia z niepełnosprawnym. To jest konsekwencja mego czynu.
  Leżałem na łóżku szpitalnym, patrząc przy tym ciągle na drzwi z nadzieją, że ktoś bliski mnie odwiedzi. Byłem oddalony od domu o jakieś trzysta kilometrów.Chciałem w końcu wyjść z tego okropnego miejsca, żeby zacząć nowe, trudniejsze życie. Marzę, żeby rodzice wraz z rodzeństwem po mnie przyjechali i obdarzyli serdecznymi uśmiechami. Dlaczego to jest takie trudne? Ponieważ poleżę tutaj jeszcze dwa tygodnie.
   Obróciłem się na drugi bok. Spojrzałem na rodzinną fotografię. Od razu na mojej twarzy zawitał lekki uśmiech. Wszyscy wyglądali na szczęśliwych. To zdjęcia zostało zrobione w dniu naszego pierwszego koncertu. Wraz z moim rodzeństwem i przyjacielem, Ellingtonem byliśmy podnieceni tym wydarzeniem. Teraz, gdy wspominam inne koncerty zrobiło mi się zle na duszy. W moim stanie nie będzie możliwe koncertowanie w różnych zakątkach świata. Zawiodłem nie tylko zespół, ale również wiernych fanów, których tak mocno kocham. 
    Moje przemyślenia przerwały powoli otwierające się drzwi. Stałam tam osoba, której nigdy bym się nie spodziewał. Przypuszczałbym, że tam mogła by być moja eks, ale przenigdy nie sądziłem, że będzie nim mój największy wróg. Laura Marano. Znaliśmy się z serialu A&A. Od samego początku dobrze się dogadywaliśmy, spędzaliśmy ze sobą czas, wygłupialiśmy się itp. Dopiero pod koniec ostatniego odcinka, dziewczyna stała się nadzwyczaj irytująca i zbytnio się nie rozumieliśmy. Kilka razy nawet się posprzeczaliśmy się o byle głupotę. Ostatnim razem widziałem ją trzy miesiące temu na urodzinach Rydel. A teraz stoi przede mną z przygnębioną miną. Podejrzewałem, że przyjechała tutaj, żeby nacieszyć się z mojego nieszczęścia, ale mi to było obojętne.
- Mogę z tobą porozmawiać. - wyszeptała niepewnie i spojrzała na mnie smutnym wzrokiem. 
- Tak. Siadaj. - wskazałem na stojące naprzeciw mojego łóżka krzesło. Nie mogłem jej odmówić mimo tego, że tak nie dawno nienawidziliśmy się nawzajem.
    Zapanowała pomiędzy nami niezręczna cisza.
- Ross. - zaczęła. Spojrzałem na nią smutnym wzrokiem. -  Chciałam cię przeprosić za moje dziecinne zachowanie. Nie wiem co wtedy ze mną się działo.  Nie umiem tego określić. - wyznała.
- Przeprosiny przyjęte. - powiedziałem trochę za oschle jak na mnie. Bardzo zdziwiło mnie podejrzliwe zachowanie brunetki. - Dziękuje za wizytę.
Ona jednak siedziała nadal i wpatrywała się swymi czekoladowymi oczkami w moją twarz. 
- Chcę z tobą porozmawiać jak dawniej.- oznajmiła.

Na początku rozmowy trudno się kleiły, ale po jakiejś godzinie gadaliśmy jak najlepsi przyjaciele. Nie wiem ile upłynęło nam czasu, ale świetnie się bawiliśmy.

Następny dzień

    To była pierwsza noc, którą przespałem nie budząc się co chwilę. A to wszystko dzięki Laurze, która o dziwo leżała przytulona do mnie i pogrążona w śnie. Spojrzałem na zegar wiszący na ścianie. Wskazywał godzinę dwunastą. Widocznie wczoraj albo nawet dzisiaj dużo przegadaliśmy.  Spojrzałem na moją przyjaciółkę. Gdy śpi tak słodko wygląda.
- Jestem, aż taka piękna. - wyrwał mnie z transu głos dziewczyny.
- Powiedzmy. - w zamian uderzyła mnie w brzuch. - Chciałem powiedzieć, że szaleję za tobą odkąd cię ujrzałem.
- Mów dalej. - uśmiechnęła się.
- Więc jesteś najpiękniejszą dziewczyną jaką znam. - zrobiłem 'brewki'.
- I? - nie dawała za wygraną.
- I... ładnie pachniesz. - lepszego tekstu nie mogłem wymyślić.
- A było tak romantycznie. - zrobiła minkę zbitego psiaka.
- Przepraszam. - odwróciliśmy się w kierunku lekarza. Momentalnie zaczerwieniłem się jak burak. Co też on mógł sobie pomyśleć o nas. - Panie Lynch, dzisiaj będzie przeprowadzona ważna operacja dotycząca pańskiej  przyszłości. - przyjaciółka popatrzyła na mnie za strachem w oczach. - Operacja rozpocznie się za pół godziny...
 
  5 godzin później

- Dziękuję za wszelką pomoc. - powiedziałem szczerze.
- Robiliśmy wszystko co było możliwe. Będzie pan musiał nauczyć się z tym żyć. -  odpowiedział.
Najbardziej bałem się reakcji Laury. A co jeśli odejdzie ode mnie jak moja eks? W sumie zrobiłbym to na jej miejscu.
Drzwi powoli się otworzyły. Ujrzałem w nich sylwetkę wcześniej wspomnianej dziewczyny. Spojrzała na mnie smutnym wzrokiem. Wiedziałem co to oznacza. Odwróciłem się, żeby nie oglądać jak ma przyjaciółka odchodzi na zawsze z mojego życia. Ona natomiast zrobiła coś czego nigdy bym się nie spodziewał: usiadła mi na kolanach i mocno się do mnie przytuliła. Moje ciało sparaliżowało. Nie wiedziałem co mam zrobić. Czy odwzajemnić gest czy to tylko ostatnie pożegnanie?
- Dlacze...- nie dokończyłem, bo zaczęła mnie czule całować. Po chwili jednak przerwałem ten moment, bo jedno pytanie nie dawało mi spokoju. - Przecież jestem inwalidą.
- I co z tego? - rozbroiła mnie tym pytaniem.
- Przecież będę dla ciebie obciążę...
- Chciałam ci to wcześniej wyznać, ale kręcenie serialu się tak szybko skończyło, a później znalazłeś dziewczynę i...
- Czekaj ty chcesz mi powiedzieć, że mnie...
- Tak, Ross. - spojrzała mi w oczy. - Kocham cię. I nie przeszkadza mi to, że jesteś niepełnosprawny. Wręcz przeciwnie. Bardziej za tobą szaleję. Kocham cię za charakter i to co masz w sercu, a nie za wygląd i sławę. - przytuliłem ją mocno do siebie.  Teraz już wiem, że dzięki niej będę miał łatwiej pod górkę.....lub z górki.
KONIEC
_________________________________________________________________________
Bardzo ci dziękujemy za tego OS . jest naprawdę świetny :* przesyłaj nam więcej ! CHCEMY WIĘCEJ! Wgl wszyscy nam je wysyłajcie. Jak widzicie dosyć,szybko ( mam nadzieje) , że dodajemy wasze OS. Do wieczora nie mam mojego telefonu, bo jakieś coś tam (  nie to nie była kara, ja jestem grzeczną dziewczynką, co Rubi nie potwierdzi xd) a na telefonie ma Gmaila i bloggera i wgl. także módlmy się, aby mój telefon przeżył :*

Do napisania:*



sobota, 14 lutego 2015

One Shot "Stay With Me" cz. I ~Diamond Marano


Przez pół życia siedziałam na sofie w swoim pokoju, a obok mnie znajdował się stos książek, które czytałam z zapartym tchem. Zaczęłam w wieku czterech lat dzierżąc Brzydkie kaczątko. Dalej sięgałam po coraz to głębsze lektury, aż w wieku ośmiu lat mama przyłapała mnie czytającą Romea i Julię na szkolnej świetlicy, gdzie inne dzieci śledziły na ekranie losy Śpiącej Królewny. Tak, od zawsze byłam inna, niż rówieśnicy, ale uważałam, że to nic. Że tak jak Babi z Trzech Metrów nad Niebem znajdę swojego przystojniaka,a choć nasza miłość będzie trudna i najprawdopodobniej zakończona upadkiem w otchłań rozpaczy, moje życie się choć trochę urozmaici. Kiedyś nawet miałam nadzieję,  że przyjdzie po mnie jakiś Nocny Łowca, który okaże się być tym jedynym. Że będę walczyła z demonami, albo ucieleśnię się z Hazel Grace i zachoruję na raka. Może by mnie to nawet ucieszyło zważywszy na fakt, że wszystko byłoby lepsze od tego, co spotkało mnie w prawdziwym życiu. Ale może zacznijmy od samego początku historii o dziewczynie, która, choć nie była bohaterką opowiastki o miłości, doznała jej aż za bardzo.

 Pewnego pięknego, listopadowego dnia siedemnastoletnia brunetka siedziała na swojej ukochanej sofie i kończyła kolejną w swoim życiu, pełną emocji księgę. Lecz nie tylko to porabiała owa dziewczyna. Obok niej leżał jej stary telefon z klapką, który - uwaga - odbijał się od ściany wiele razy, a mimo to nadal wyglądał jak wyjęty z pudełka. Włączony głośnomówiący umożliwiał jej porozumiewanie się z przyjacielem, który choć był dla niej jak brat, wkurzał ją jak siostra. Ale teraz może warto by było ujawnić rąbek tajemnicy, którą została owiana tożsamość młodej milady. Choć nie lubię tego robić, takie wprowadzenie było chyba najlepsze. Nawijanie o sobie w trzeciej osobie zawsze wydawało mi się niesamowicie nudne i żałosne, ale ja już dawno utwierdziłam się w przekonaniu, że poziom mojej żałosności jest powyżej normy. Jeśli w ogóle istnieje jakaś norma. Choć wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam nadając jak katarynka w stronę Simona, którego rola polegała na słuchaniu i próbowaniu pozostania na jawie.

- Ale powiedz mi, jak można być takim czubkiem, żeby tak uprzykrzać dziewczynie życie?

- Lauro Marie Marano, błagam cię, zostaw tą durną książkę i przyjdź do mnie, to zagramy sobie w Assasina - ściana z naprzeciwka odbiła znużony głos szatyna, który, jak zakładam, mordował na ekranie niewinną kobietę.

- To ty przyjdź do mnie, mi się nie chce ruszać tyłka z sofy - mruknęłam i z impetem rzuciłam głowę w stos poduszek.

 Do tej pory nierozwiązaną zagadką jest dla mnie fakt, że Simon - szkolny przystojniak - mógł zostać moim przyjacielem. W ogóle, jak mógł zwrócić na mnie uwagę. To jest - jak to powinnam powiadać - mega dziwaczne. Aż mi się włoski na karku jeżą, kiedy ktoś używa ulicznego slangu, skoro można go zastąpić tyloma synonimami. Ale najgorsza jest moja siostra - szkolna gwiazdeczka, która uważa, że moje życie towarzyskie nie jest życiem i za wszelką cenę próbuje mnie namówić na imprezę, która ma być "fajoska". Bo słowo "wspaniała" w jej słowniku jest zapisane białą czcionką na białym tle. Ale wracając do Simona.  Dobrze mieć przy sobie kogoś takiego nawet w momentach, kiedy matka pokazuje nam najbliższe kościoły. Już nawet mam wybraną suknie ślubną, choć na kobierzec mi się nie spieszy. Poza tym Sim ma dziewczynę, która swoją drogą jest cholernie pusta, cholernie głupia i cholernie ładna. A on cholernie przystojny, więc oczywiste jest, że za kilka lat zobaczę Cholerę z brzuszkiem, a za kilkanaście na czerwonym dywanie. Chyba że na odwrót, ale w to śmiem wątpić.

- Nie mogę przyjść do ciebie, bo zaraz wpadają do mnie chłopaki z zespołu. Dzisiaj koncert i pamiętaj, że obiecałaś przyjść - na chwile oderwałam wzrok od książki i wlepiłam go w kalendarz. Dopiero kilka minut później dotarło do mnie, jaki jest dziś dzień. - Wszystkiego najlepszego, Lau.

No tak, moje osiemnaste urodziny. Czyli, że na sofie siedziała osiemnastoletnia brunetka.

- Zapomniałam. Dzięki - zarumieniłam się lekko spoglądając w stronę telefonu.

- Nie ma za co, kochanie. Ale obiecaj, że przyjdziesz. Ma dla ciebie niespodziankę - po czym usłyszałam tylko ciche "pipipi" i zamknęłam klapę.

Mogłabym się oczywiście rozpisywać na temat tego, jak spędziłam południe czekając na koncert, ale uważam, że byłoby to bezsensowną stratą czasu. Bo chyba by było, nie? Ale po co się roztrwaniać. Napomknę tylko, że siostra jak zwykle uskuteczniała swoje mowy na temat mojego nie-towarzyskiego nastawienia. Ale ja wcale nie jestem nie-towarzyska. Po prostu nienawidzę ludzi, którzy mają się za lepszych ode mnie. Choć - nie oszukujmy się - każdy jest lepszy ode mnie. Szczególnie po tym, co zrobiłam.

Większość ludzi pewnie pomyślałaby - "Rozczula się po prostu nad swoim życiem", ale byłby to największy błąd, jaki można popełnić. Ja nie miałam wtedy życia. Nie to, że byłam martwa i przeszłam przez proces reinkarnacji, czy jak to tam się nazywa. Ale! Zbaczam z tematu. Otóż ja byłam po prostu ciałem, którego dusza podróżowała sobie po stronicach powieści z mojej półki. Nie umiałam się cieszyć z żadnych rzeczy, zarówno tych błahych, jak i poważniejszych. Oczywiście dzięki temu mój talent aktorski uległ poprawie, podczas udawanych uśmieszków w urodziny i święta. Nie, ja zawsze się różniłam. Simon powtarza, że jestem dwudziestopięcioletnią, brytyjską arystokratką ze skłonnością do popadania w depresję, uwięzioną w ciele osiemnastoletniej amerykanki. Może to i prawda. Ale tak, czy siak moje życie to nie życie, z czym zgodzi się każdy, kto mnie choć trochę zna.

Nigdy nie lubiłam się stroić, choć moja szafa była wręcz przepełniona ciuchami. Nawet takimi od Vitaliego. Czy jakoś tam. Na brak pieniędzy nie narzekam, jak już, to na ich nadmiar. Tsa, rodzice prowadzący dom mody przynoszą dość duże zyski. To by tłumaczyło Vitaliego.Więc nie owijając dłużej w bawełnę. Mój gust nigdy nie był gustem, dlatego niczym dziwnym był fakt, że na koncert poszłam w morelowej koszuli i przetartych dżinsach. Na nogi wsunęłam czarne conversy, a włosy dla odmiany pozostawiłam luźno opadające na żółtawy materiał. Stylówka pierwsza klasa.

Całą drogę do klubu spędziłam na pobijaniu rekordu gry w Tetrisa. Doszłam do siedemdziesiątego levelu, kiedy kierowca zatrąbił. A mówiąc "kierowca" mam na myśli "moja mama". Czyli jeszcze inaczej, kobieta, która ma mnie za totalne jajko, albo ofiarę losu.

- Nie przychodź dzisiaj do domu, jak nie chcesz. Możesz nocować u znajomych - troskliwym głosem wapniaczka zwróciła uwagę mojej osoby, albo raczej tym, że się do mnie odwróciła. To się dopiero nazywa postępowa mamusia.

- Mamo, ile razy mam ci powtarzać? Ja. Nie. Mam. Znajomych. A u Sima nocuje dzisiaj Eve - wybełkotałam i jednym zwinnym ruchem otworzyłam drzwiczki samochodu.

- To może znajdź sobie kogoś - tak, miano troskliwej rodzicielki to powód, dla którego powinna dostać nobla. I jeszcze ta jej wkurzająca nadopiekuńczość. Normalna mama chciałaby, żeby jej dziecko przychodziło do domu na wyznaczoną godzinę, nie szlajało się po mieście ze znajomymi i ograniczało jakiekolwiek używki. Ale nie, nie ona. Według niej nie powinnam siedzieć z nosem w książkach i spróbować życia póki mogę. Bo najwidoczniej ona już nie mogła.

- Nie, dzięki - odburknęłam i, aby uniknąć niepotrzebnych i niemiłych słów, trzasnęłam drzwiczkami czarnego auta.

Usłyszałam warkot zapalanego silnika i pisk opon, po czym mamusia zniknęła wśród ulicznego zgiełku. Szum z jezdni, odgłosy samochodów, rozmowy przechodniów. I do tego ten nieznośny, benzynowy odór. Wszystko przyprawiało mnie o ból głowy z dodatkiem zatrzymania powietrza w płucach. Ale obiecałam, że wytrzymam do końca, bo w końcu czego nie robi się dla przyjaciół. Apropos przyjaciół. Simon przykuł mój wzrok od razu, kiedy moje oczy popędziły ku murom klubu. Stał niedbale oparty o ścianę i najwidoczniej mnie nie zauważył, bo jego wzrok utkwił gdzieś daleko, dalej, niż sięgał mój horyzont. Jego brązowe włosy, jak zawsze w artystycznym nieładzie, rozwiewały delikatne podmuchy wiatru. Pełne usta zacisnął w wąską linię, co było oznaką zdenerwowania. Smukła twarz i widoczne pod alabastrową skórą kości policzkowe utrzymywały tylko fakt o jego idealności. Bo taki był. Idealny.

Nienawidziłam siebie za to, że go nie kochałam. Albo nie kochałam tak, jak na to zasługiwał. Każda normalna dziewczyna leżałaby u jego stóp mówiąc, jakie z niego ciacho. Ale odmieniec, to odmieniec. Kochałam go, ale jak brata, przyjaciela, kogoś, kto będzie ze mną na wieki wieków i nie będę się musiała przejmować sprawami typu "zdrady".

- Hej, Sim! - rzuciłam, jakoby nierozgarnięta czternastolatka, która stara się zwrócić uwagę mega przystojniaka. Tak, zdecydowanie różnię się od reszty.

Chłopak odwrócił się i jak wybudzony ze snu potrząsnął głową. Później uraczył mnie tylko ciepłym uśmiechem i skinieniem głowy wskazał, abym do niego podeszła, co też szybko uczyniłam.

- Jednak przyszłaś - powiedział z nieukrywanym entuzjazmem, jakby nie do końca w to wierzył.

- Obiecałam to pewnemu debilowi i teraz się tu doszlajałam. A co?

- Czyli, że nie tylko ja cię tu zaprosiłem? - już chciałam jakoś zareagować na tę zaczepkę typu "Bożyszcze Nastolatek", ale brunet chamsko mi przerwał - Nie, czekaj... Niech zgadnę... Chris? Tak, to pewnie on, podobasz mu się.

Zachichotałam cicho i odwróciłam wzrok w stronę wejścia. Znajdowaliśmy się na tyłach, gdzie śmietniki zajmowały większą część placu.

- Ktoś występuje z wami? - zagadnęłam pełna ciekawości. Zazwyczaj chłopaki musieli dzielić scenę z innym zespołem, bo nie mieli funduszy na wykupienie w pełni własnego koncertu.

- Tak. Nadęte bufony i pajace, jakich mało. Ty czaisz, że tam jest tleniony blondyn? - zrobił minę, jakby zakrztusił się cygarem i również popatrzył na drzwi. - Idziemy?

- Daj mi zatyczki i możemy iść - za co oberwałam kuksańca.

 

W środku, jak zazwyczaj w klubach, panowała "magiczna atmosfera". Jednak magia mogłaby nosić miano czarnej. Przechodząc między ludźmi musiałam wytężać wzrok, aby na kogoś nie wpaść, bo ktoś sobie wymyślił, że puści pełno dymu, od którego swoją drogą strasznie się krztusiłam. Z głośników leciała głośna muzyka, ledwo co słyszałam własne myśli. Parkiet i beżowo bordowe ściany wychwytywały pojedyncze światła kolorowych reflektorów, a brak okien i światła (nie licząc tych reflektorów) utwierdzały tylko w poczuciu, że idzie się przez zaczarowany las złej wiedźmy. Moje nieprzyzwyczajone do ciemności oczy piekły mnie jak nie wiem co, a nozdrza drażnił zdecydowanie za mocny zapach dymu, perfum i żelu do włosów. Sunąc po podłożu za Simonem oglądałam się na wszystkie strony zdziwiona tłumem, jaki zebrał się w budynku. Co prawda Rebelsi mieli rzesze fanów, ale raczej niewielkie, więc ilość przybyszy była wręcz szokująca. Nie zwróciłam jednak na to uwagi przyjaciela, już wystarczająco się stresował. Zasłoniłam się przed wścibskimi spojrzeniami kurtyną kasztanowych włosów i szłam dalej, aż w końcu znalazłam się za sceną. Tam Sim nakazał mi usiąść na kanapie i poszedł po chłopaków z zespołu. Więc czekałam grzecznie, jak na mnie przystało do czasu... Właśnie, do czasu, kiedy zachciało mi się pić. Idąc zauważyłam mały zbiorniczek z wodą, której jeszcze nie wyduźdano, więc stał się on moim celem. Dźwignęłam się z miękkiej kanapy i flegmatycznym krokiem ruszyłam do upragnionego miejsca. Gdy już byłam blisko, tak, ze moje palce już prawie dotykały plastikowej butli poczułam jak świat wokół mnie zaczyna wirować. Jedyne co pamiętam to szum w uszach, czarne plamy i silne ręce, opatulające moją talię. Dalej - nic. Zupełna pustka.

- Hej, budzi się - usłyszałam ciepły, kobiecy głos. Otworzyłam oczy szerzej, a one prawie natychmiast wychwyciły nieznaną mi dotąd twarz. Smukła, okalaną przez blond włosy, kobiecą. Orzechowe oczy wpatrzone we mnie z czułością i... ulgą? 

- Gdzie ja... jestem? - wypaliłam na wstępie podnosząc się na łokciach. Leżałam na czymś miękkim, chyba materacu. Było mi słabo. Cholernie słabo.

- Jesteś w mojej garderobie - blondynka usiadła obok mnie i lekko pchnęła, dając do zrozumienia, że mam leżeć. - Zemdlałaś i mój brat cię tu przyniósł. Szczerze, to niewiele osób zauważyło, że upadasz.

Zmarszczyłam lekko brwi.

- Simon... Simon Evening. Wie, że tu jestem? - zapytałam bezbarwnym tonem. Sama nie wiem, skąd in u mnie. Przecież ta dziewczyna się mną opiekowała. Ach...

- Nie, nie wie. Ale pytał, czy ktoś widział jego przyjaciółkę, zaraz mu najwyżej powiem, że tu jesteś. A tak w ogóle, to jestem Rydel - wyciągnęła ku mnie dłoń, którą ja niepewnie uścisnęłam. Nie oszukujmy się - zawieranie nowych wiadomości to nie moja brożka.

- Laura.

- Przyniosłem ten lód, o który prosi.... Heeej! Obudziłaś się! - w drzwiach stanął chłopak, na oko dwadzieścia parę lat. Blond włosy, czekoladowe oczy. Przyjazna twarz. I wtedy dotarła do mnie bolesna prawda: "Oni są zespołem. A każdy jego członek będzie chciał mnie poznać". Czyli innymi słowy, mały kursik z zawierania nowych znajomości.

- Hej. No tak, obudziłam się. I na dodatek jestem już mocno spóźniona, więc wybaczcie, ale muszę lecieć - już chciałam wstać z kanapy, gdy czyjaś ręka spoczęła na mojej klatce piersiowej zatrzymując ten proces.

- Nigdzie nie idziesz. Zemdlałaś, dociera to do ciebie? - Rydel obrzuciła mnie karcącym wzrokiem, ale ja nie poddałam się tak łatwo i jednym ruchem strzepnęłam jej dłoń.

- Mam za sceną zmartwionego przyjaciela i szczerze, to niezbyt martwię się teraz moim omdleniem. Więc bądź tak miła i pozwól mi go uspokoić, bo już wystarczająco dużo nerwów stracił przed koncertem - rzuciłam jadliwie i zamaszyście wstałam na równe nogi. Aż mi się w głowie zawróciło.

- Przyjdź później, chciałabym wiedzieć, czy wszystko okey - usłyszałam, gdy zamykałam za sobą drzwi. Czemu ja tam się wpieniłam? Chcieli pomóc. A ja ich zbeształam. Wiem. Głupia jestem.
________________________________

Stara! Powiem jedno! WOW! Tak mnie wciągnęło i takie JEB! CDN.
Żeby cię kaczka widelcem! Chcę szybko nexta! A i wesołych Walentynek skarby. ;*

Do napisania ;*